Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rakiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rakiety. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

Ukryte kły Nattera

 czyli

Bezzębna żmija

Miłośnikom lotnictwa drugiej wojny światowej, czy też osobliwie fanom wszelakich wunderwaffen, nieobcy jest niechybnie niemiecki bezlotniskowy rakietowy myśliwiec pionowego startu Bachem Ba 349 Natter. Broń w swej koncepcji tyleż pomysłowa, co kontrowersyjna, ale my nie zajmujmy się już nawet wszelakimi jej osobliwościami, skupiając się tylko cokolwiek bliżej i wybiórczo na kwestii uzbrojenia. 

Budowane wreszcie w końcu wojny w niewielkiej serii Nattery wyposażone były ostatecznie w dziobową wyrzutnię 24 rakiet 7,3 cm R. Sprgr., znanych nam skądinąd z przeciwlotniczej wyrzutni salwowej Föhn (acz, co przy okazji trzeba nadmienić, nazwa Föhn dotyczyła tu tylko jednego rodzaju wyrzutni, a nie rakiety jako takiej, a rakieta sama w sobie nie posiadała, poza wspomnianym literowo-cyfrowym oznaczeniem, żadnego kryptonimu).  

Zatem, na publikowanych od czasów niepamiętnych wizerunkach przedstawiających wyobrażenia bojowo używanych Natterów, podziwiać możemy ich  dziobowe wyrzutnie zdobne groźnie sterczącymi głowicami dwudziestu czterech pocisków rakietowych, sugestywnie pokazującymi zabójczą siłę tego myśliwca. 

 Ba, nawet prezentowany po wojnie w USA jeden ze zdobycznych Natterów uzbrojony został w równie bojowo sterczące rakiety, utrwalając - a może, biorąc pod uwagę, okres tej prezentacji - wręcz tworząc ten znany nam dziś bezrefleksyjnie groźny wizerunek rakietowego myśliwca.

 
 
Na czem zatem polega problem - jak czujnie zapyta czytelnik, wietrząc słusznie podstęp? Skoro jest tak pięknie?
Ano na tym, że Natter nie wyglądałby w naturze tak bojowo, prezentując światu swe uzbrojenie.
 
Aby dogłębnie wyjaśnić tę kwestię, przyjrzyjmy się zatem bliżej budowie natterowskiej wyrzutni.
Składała się ona z 24 prowadnic, wykonanych z blachy. Każda z nich miała postać sześciokątnej rury o długości 550 mm, wewnątrz której umieszczone były w narożnikach trzy mniej więcej kwadratowego przekroju listwy prowadzące pocisk. Ścianki pomiędzy listwami były na środkowym odcinku wycięte, z pozostawieniem pełnych odcinków długości po 100 mm na obu końcach, nadając przez to prowadnicy ażurową prezencję.
Z racji na konstrukcję wyrzutni, czy też całego dziobu, pociski ładowane były do prowadnic od przodu i aby zapewnić ich prawidłową pozycję (a nawet prawidłowe pozycjonowanie, jak byśmy to dziś powiedzieli) na tylnym końcu jednej z trzech listw znajdowała się blaszana opora, zapobiegająca wypadnięciu pocisku do tyłu, a przed nią równie blaszany sprężysty zatrzask, zaczepiający o przednią krawędź tylnego dna komory spalania (lubo turbinę, jak zwali to Niemcy) i utrzymujący rakietę na miejscu.

 Długi na 277 mm pocisk (262 mm licząc bez zapalnika) znajdował się zatem po załadowaniu głęboko na tylnym końcu liczącej 550 mm prowadnicy, mając jej przed sobą jeszcze - lekko - jakieś 275 mm, jak zobaczyć możemy na rysunku powyżej. 

No właśnie. Więc ani głowice pocisków nie wystawałyby tak bojowo z dzioba Nattera, jak to każe nam wierzyć ikonografia - ani też w ogóle same rakiety załadowane do wyrzutni nie byłyby w ogóle specjalnie widoczne z zewnątrz. Oczywiście nie miałoby to najmniejszego wpływu na bojową (nie)skuteczność Nattera - no ale wizualnie jednak by stracił na atrakcyjności.

piątek, 12 czerwca 2026

Rakietowy niewypał

 czyli

Większy nie znaczy lepszy

 Luftwaffe, rozochocona pozytywnymi doświadczeniami z lotniczym zastosowaniem lądowych rakiet 21 cm Wgr 42 Spr, postanowiła w roku 1943 zainteresować się także najnowszymi i największymi rakietami kalibru 30 cm.

 Próby przeprowadzić planowano z samolotem Bf 110, a pierwsze doświadczalne rakiety 30 cm dostarczone zostały do EKdo 25 w Achmer jesienią 1943, w celu dokonania pomiarów balistycznych i obadania możliwości montażu wyrzutni w samolocie. Co ciekawe, masę rakiety 30 cm określono wówczas jako 180 kg (w porównaniu do ważącej 112 kg rakiety kalibru 21 cm) - więc testowano prototypowe rakiety 30 cm Wk 43 Spr, ważące właśnie 180 kg, mieszczące 30 kg paliwa i osiągające prędkość 265 m/s, będące rozwinięciem dobrze znanej 30 cm Wk 42 Spr, która zresztą mniej więcej w tym okresie wchodziła do służby w wojskach lądowych. Samą zresztą 30 cm Wk 42 Spr, której w październiku 1943 zaordynowano do testów w Tarnewitz 30 sztuk, uznano za niezbyt się nadającą do zwalczania formacji bombowych ze względu na niską prędkość lotu (235 m/s), skutkiem czego nadawała się ona głównie do ataków z przodu lub z boku, acz z racji na wynikłą z silnego ognia obronnego odległość odpalenia wynoszącą 1500-2000 m, kłopoty sprawiała tu silnie zakrzywiona trajektoria lotu, a także konieczność wprowadzania poprawek na wyprzedzenie (pocisk pokonywał dystans 1500 m w czasie 7,3 s).


 Jak by nie było, przebudowę testowego Bf 110, wyposażonego w wyrzutnię podwieszoną na zamku ETC 500 pod kadłubem, ukończono w drugiej połowie października 1943 i w początku listopada z zapałem przystąpiono do prób w locie.

Już pierwszy strzał okazał się nieudany - pocisk zamiast lecieć prosto, poruszał się po spirali o średnicy 10-30 m, a po zgaśnięciu silnika zaczął koziołkować i po stromej trajektorii spadł na ziemię. Zapalnik czasowy, w który był wyposażony, nie zadziałał. Tak na marginesie - użycie zapalnika czasowego potwierdza, że podobnie jak w przypadku rakiety 21 cm, także i tu myślano o roli powietrze-powietrze.

Przy drugim strzale pocisk poleciał wprawdzie prosto, ale po wypaleniu silnika ponownie zaczął koziołkować, a wybuch głowicy nastąpił daleko od przewidzianej trajektorii. Do pełni nieszczęścia, strumień gazów prochowych podczas odpalenia uszkodził poszycie kadłuba samolotu i lekko zranił radiooperatora.

Jako że strzelania prowadzone w międzyczasie przez Heer wykazały podobne problemy, a w najbliższym czasie oczekiwano także poprawy balistyki i skuteczności rażenia rakiet 21 cm, dalsze testy tych nowych pocisków kalibru 30 cm sobie odpuszczono. 

Co ciekawe, lotnicze testy znanych, lubianych i sprawdzonych lądowych rakiet 28/32 cm Wk wykazały, że są one w tej roli także niestateczne, zatem jako takie nie nadają się na uzbrojenie samolotów. Ich wersje pochodne koniec końców jednak do lotnictwa trafiły, tyle że stabilizowane brzechwowo - acz to już zupełnie inna historia, którą opowiem, kiedy skończę zupę. 

poniedziałek, 11 maja 2026

To ile w końcu było tych Flakraketen?

 czyli

Znów trzeba wyjść z sytuacji bez wynijścia 

W czasie drugiej wojny światowej w ramach utworzonego w Niemczech przez Generala der Flakwaffe programu o kryptonimie Vesuv konstruowane były cztery kierowane rakietowe pociski przeciwlotnicze, dobrze raczej znane i lubiane pośród zainteresowanych ówczesna techniką wojskową - Enzian, Rheintochter, Schmetterling i Wasserfall, kryjące się też odpowiednio pod jeszcze bardziej enigmatycznymi skrótami E, R, S i W (tak na marginesie, stosowana również litera F oznaczała Föhna, a nie Feuerlilie). 


No właśnie - dobrze znane, szeroko i w licznych publikacjach opisywane... Problem zaczyna się jeno, gdy na podstawie tychże dostępnych opracowań próbujemy ustalić liczbę wystrzelonych pocisków poszczególnych typów. Czy Wasserfalli wystrzelono 28, a może około 35 czy około 50, w tym część bojowo w końcu 1944? A Schmetterlingów - 22 (w tym wersja H), 59 (38 z ziemi i 21 z samolotu) lub około 60?  Dalej 24, a może 38 Enzianów (w tym 16 kierowanych)? I około 50, 51 lub 82 Rheintochter R 1 (w tym 22 kierowane), a może w cele trafiło 51 z 82 wystrzelonych rakiet (i to w ramach użycia bojowego w początku 1945!)? No i w końcu 6 lub 7 Rheintochter R 3, zapewne tylko z silnikami na paliwo stałe, albo też i w cele trafiło 8 z 88 odpalonych bojowo pocisków R 3?

Można doznać w rozumie sporego mętliku oraz dysonansu poznawczego. Jak sobie poradzić, jak wybrać właściwe dane? Da się li to w ogóle rozplątać? Komu wierzyć? Czy da się coś zrobić w tej sytuacji beznadziejnej? Gdzie jest mamusia?!

Na szczęście okazuje się, że nie jest aż tak źle, jak zdało by się wydawać na podstawie tego zamieszania i dobrze poszukawszy można dostrzec światełko w tunelu. Zatem miast wyrywać włosy z głowy i obgryzać paznokcie, spójrzmy po prostu na liczby podane w codwutygodniowych sprawozdaniach grupy urzędowej d/s rozwoju obrony przeciwlotniczej i uzbrojenia za pierwsze trzy miesiące roku 1945.

Enzian

Prace nad Enzianem okazały się być najsłabiej zaawansowane w porównaniu do pozostałych rakiet Vesuva. Do początku lutego 1945 wystrzelono 24 pociski, wszystkie niekierowane i z zastępczym silnikiem marszowym (Walter RI 210 b, jak wiemy skądinąd). 6 lutego dalszy rozwój Enziana został wstrzymany decyzją odpowiedzialnego za rozwój i produkcję broni rakietowej SS-Gruppenführera und Generala der Waffen-SS Heinza Kammlera (185/45 g.Kdos.), acz później odpalono mimo to jeszcze dwa pociski wyposażone już w układ kierowania (nie wynika, niestety, jednoznacznie czy tylko te dwa, oba okazały się zresztą niestateczne i niesterowne). Czyli razem 26, a może - choć to raczej niezbyt prawdopodobne - jeszcze ciut więcej.

Rheintochter R 1

Rozwój Rheintochter wypadał pod względem zaawansowania na zaszczytnym trzecim miejscu. Do początku lutego wystrzelono 88 pocisków w wersji R 1, w tym 25 kierowanych, z których 5 zawiodło, a 6 lutego dalszy rozwój Rheintochter został również wstrzymany decyzją gen. Kammlera. Podobnie, jak i w przypadku Enziana, nie oznaczało to w praktyce całkowitego przerwania testów i w drugiej połowie miesiąca przeprowadzono mimo to 4 kolejne starty R 1 w celu sprawdzenia działania układu kierowania (wszystkie zasadniczo udane). Razem - 92.

Rheintochter R 3

Do początku lutego wystrzelono 7 rakiet, w tym 5 z silnikami na paliwo stałe, 2 z silnikami na paliwo ciekłe (w obu tych próbach silnik wypadł skądinąd negatywnie), wszystkie niekierowane. Zatem - 7. 

8-117 Schmetterling

Konstruowanie Schmetterlinga było najbardziej zaawansowane ze wszystkich rakiet programu Vesuv. Do początku lutego przeprowadzono 80 prób, w tym 21 zrzutów z samolotu. 59 pocisków wystrzelonych z ziemi wyposażonych było w układ kierowania (a więc wszystkie), z czego 28 prób było udanych. Początek produkcji Schmetterlinga przewidziany był nawet na marzec 1945, acz pokrewna wersja powietrze-powietrze 8-117 H również padła ofiarą Kammlera w dniu 6 lutego. Do początku marca do prób trafiły 92 pociski z serii VO 1, z których 25 wystrzelono, a 27 zrzucono, a w styczniu i lutym 1945 przeprowadzono łącznie 19 startów. Czyli tym razem na podstawie danych ze sprawozdań nie da się ustalić jednoznacznej liczby całkowitej, ale zamyka się ona matematycznie w zakresie 86-99, a zapewne niespełna 90.

Wasserfall 

Pod względem zaawansowania prac Wasserfall plasował się na drugim miejscu, zaraz za Schmetterlingiem. Do początku lutego 1945 wystrzelono 28 rakiet, z czego 27 wyposażonych w układ kierowania. W połowie miesiąca przeprowadzono trzy kolejne próby pod kątem stateczności i działania układu sterowania, które zresztą wypadły tylko częściowo zadowalająco. Razem - 31.

Co warto zauważyć, w literaturze pojawiają się w takiej czy innej postaci prawidłowe liczby testów przeprowadzonych do początku lutego 1945 (24 Enziany, 88 Rheintochter R 1, 7 Rheintochter R 3, 59+21 Schmetterlingów i 28 Wasserfalli), ale giną one w ogólnym szumie informacyjnym i wyłowić je jako jedynie słuszne nie sposób. No i z jakiegoś powodu publikowane liczby nie uwzględniają kilku późniejszych prób prowadzonych w lutym.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nasza grupa urzędowa wiedziała, co pisze w sprawozdaniach. 

czwartek, 12 marca 2026

Rakieta podziemna

 czyli

Ty nie wierz swoim oczom, to nie może być!

Wertując annały traktujące o szeroko pojętych aspektach uzbrojenia epoki ostatniej wojny światowej - co znów stwierdzić trzeba i nie niejednokrotnie już podkreślanym tu było - po raz kolejny staje człek w zadumie nad ową istotą duszy germańskiej, twórczej a niepokornej, nieposkromionej, nieprzewidywalnej, poruszającej się krętymi ścieżkami zda się dla innych nacji dalece niedostępnymi.

Wszyscy słyszeliśmy o rakietach latających w powietrzu, słyszeliśmy o rakietach kosmicznych, niektórzy zapewne słyszeli i o rakietach podwodnych. No bo co by jeszcze być mogło? Ale tu okazuje się nagle i nieoczekiwanie, że jak zwykle niezawodni konstruktorzy rasy nadludzi poszli na polu koncepcyjnym jeszcze dalej, konstruując w roku 1943 rakietę podziemną - i to sensu stricto. 

 

Cudo owo, ochrzczone nazwą R - S Be 50 E, składało się z korpusu betonowej odłamkowej bomby lotniczej SBe 50 E (znanej nam już poniekąd i skądinąd z wpisu o betonowych bombach odłamkowych), połączonego z silnikiem rakietowym na paliwo stałe, będącym - jak można podejrzewać po jego wyglądzie - adaptacją silnika 15 cm Treibsatz DO Wu stosowanego masowo w rozmaitych pociskach nebelwerferów i wariacjach na ich temat. Całość miała długość nieco ponad 120 cm, średnicę 20 cm i ważyła 73 kg, przenosząc 18 kg materiału wybuchowego i 6 kg paliwa. Na rysunku powyżej widzimy ów pocisk podziemny w porównaniu do znanej i lubianej rakiety burzącej 28 cm Wk Spr bazującej na tym samym silniku. Próby stanowiskowe zostały ukończone w 1943 roku, po czym rozwój uległ rocznemu zawieszeniu z racji na brak zapotrzebowania ze strony WaPrüf, a konieczne wszak były jeszcze dalsze testy w celu dobrania ładunków paliwa odpowiednich do przebijania różnych rodzajów gruntu.

R - S Be 50 E zakopywany miał być pod ziemią na głębokości 2 m, dzięki działaniu silnika rakietowego przebijać się na powierzchnię i wybuchać w powietrzu na wysokości ok. 2 m. Zatem, nie ukrywajmy gorzkiej prawdy - stworzono po prostu wielką minę wyskakującą. Dlaczego tak, można by się zastanawiać - niewątpliwie byłaby ona na takiej głębokości zabezpieczona przed przeciętnym ostrzałem czy bombardowaniem, co zatem wydaje się istotną przesłanką do wykoncypowania takiego wynalazku.

Przy okazji zauważyć trzeba, że zapewne powstał w ten sposób pocisk rakietowy o najmniejszej w dziejach donośności - wszystkiego 4 metry. No zawszeć to jakiś sukces konstrukcyjny. 

piątek, 19 grudnia 2025

Rakietowa świeca

czyli

Yeti po niemiecku 

 Jednym z bardziej znanych pośród pasjonatów lotnictwa, a zarazem bardzo nieznanych w ogóle broni Luftwaffe doby drugiej wojny światowej jest bez wątpienia samolot określany jako He 177 Grosszerstoerer - czyli przeznaczona do zwalczania ciężkich formacji bombowych myśliwska, czy raczej niszczycielska wersja He 177 uzbrojona w strzelające w górę wyrzutnie rakietowe kalibru 21 cm.

W popularnej literaturze przeczytać o onej konstrukcji możemy, że samolot ten uzbrojony był w 33 wyrzutnie rakietowe (11x3) zamontowane pomiędzy stanowiskami strzeleckimi B1 i B2, skierowane w górę pod kątem 60 stopni, z niewielkim odchyleniem w prawo (a wg Manfreda Griehla końcówki prowadnic wystawały z kadłuba z obu stron po 10 cm). Rakiety wystrzeliwać można było pojedynczo lub w salwach po 15 i 18 sztuk. Ogólna liczba tak uzbrojonych He 177 waha się wg różnych opracowań od 5 do 8.

Zgodnie z tymi opisami samolot przedstawiany, czy raczej wyobrażany (żeby nie rzec, wysysany z palca) jest zatem z wyrzutniami zamontowanymi pomiędzy grzbietowymi wieżyczkami, na wysokości skrzydeł i skierowanymi ukośnie do przodu, jak możemy ujrzeć na ilustracji poniżej - i też w ten sposób odzwierciedlił go w modelu w skali 1:72 żywiczny zestaw konwersyjny firmy Schatton Modellbau. 

A jak było naprawdę? No właśnie zupełnie nie tak. 

Zaczynając od podstaw - cały ten system uzbrojenia, którego pomysłodawcą był pewien porucznik Luftwaffe, wykoncypowany był w celu atakowania ostrzałem powierzchniowym (czy jak to określił twórca - dywanowym) formacji bombowców spoza zasięgu ich uzbrojenia obronnego (w założeniu z odległości 2000 m), a dzięki równoległemu torowi lotu myśliwca i celu oczekiwana była wysoka precyzja celowania. 

A wracając zaś do konstrukcji samego Grosszerstoerera - jedyne, co w tej pokutującej w świadomości społecznej czy raczej historycznej wersji odpowiada prawdzie, to liczba wyrzutni - 33 sztuki w układzie 11x3. 

Poza tym, wyrzutnie one umieszczone były w dwóch przednich komorach bombowych, czyli zaraz za kabiną, a przed dźwigarem skrzydeł (jak pokazano na rysunku poniżej) - skutkiem czego samolot nie posiadał przedniej wieżyczki grzbietowej - i skierowane były pionowo w górę, a nie pod jakimkolwiek kątem. Kadłub samolotu, wymagający skądinąd, skutkiem osłabienia otworami pracującego poszycia, dołożenia wzmocnień, w tym dodatkowej warstwy blachy na grzbiecie, wykończony był poza tym całkowicie gładko i z zewnątrz widoczne były z obu stron tylko okrągłe otwory wylotowe prowadnic. 

 
 Rakiety wystrzeliwane były za pomocą standardowego interwalometru RAB, służącego normalnie do zrzutu bomb, pojedynczo w odstępach 0,5 s. Formalnie odpalać je można było z dowolną szybkostrzelnością, ale zawsze pojedynczo i w odstępach nie mniejszych niż 0,5 s -  w przeciwnym razie dochodziło do zbyt silnego oddziaływania gazów prochowych na konstrukcję samolotu, a także do wzajemnego wpływu na siebie rakiet w locie, nieakceptowalnie zwiększającego rozrzut. W sytuacji awaryjnej pociski, ważące wszak łącznie dobre 3660 kg, mogły zostać zrzucone poprzez otwarcie utrzymujących je w prowadnicach zamków za pomocą sworzni wybuchowych.

A jak wyglądała balistyka? W przypadku rakiety 21 cm Wgr 42 Spr siły aerodynamiczne wynikłe z prędkości postępowej samolotu w chwili odpalenia, wpływające na stabilizowany obrotowo pocisk odchylały jego trajektorię względem samolotu w zależności od prędkości lotu o ~2-4 stopnie do tyłu i ~10-20 stopni w prawo. Wypadkowa trajektoria, z uwzględnieniem prędkości samolotu w chwili odpalenia, skierowana była zatem w górę pod kątem ~65-75 stopni.

W praktyce ostrzał przeprowadzany miał być przez zespół czterech samolotów lecących 1800-1900 poniżej atakowanej formacji  i 500 m na lewo od niej, z prędkością o 100 km/h większą od celu - co w przypadku He 177 wymagało rozpoczęcia ataku z 1000 m przewyższenia. Czas lotu pocisków, czyli zarazem nastawa czasowa zapalników, wynosiła wtedy niecałe 8 s.

 Co nadmienić wypada, analogiczne uzbrojenie przewidziano i dla samolotów Ju 88, które przenosiły jednak tylko 10 wyrzutni - po 5 w każdej komorze bombowej. Co ciekawe, wg materiałów przekazanych przez Junkersa stronie radzieckiej w 1946 roku, w 1943 dokonano w jednostce przebudowy samolotu Ju 88, wyposażając go w 12 lub 18 wyrzutni skierowanych ukośnie ku przodowi. Co jeszcze bardziej ciekawe, masę pocisku określono tam jako 80 kg, co - o ile jest to faktyczna wartość - sugerowałoby użycie prototypowych rakiet przeciwlotniczych, a nie standardowych 21 cm Wgr 42 Spr.

Jeśli zaś o kwestię liczbę samolotów chodzi, październiku 1944 na stanie wymienionych jest jako przebudowane i gotowe do akcji 8 He 177 oraz 6 Ju 88 G-1. 

I tak to oto ten tajemniczy samolot wyglądał - koncepcja, która, jak wykazały testy balistycznie jako taka całkiem dobrze sprawdzała się w praktyce. 

poniedziałek, 8 marca 2021

Lilium bulbiferum - historycznie, wojskowo i technicznie

czyli

Lilija w służbie Marsa

W najnowszym numerze 1/2021 poczytnego periodyku Historia Wojsko i Technika ukazał się interesujący artykuł Huberta Michalskiego traktujący o  nader mało znanym i tajemniczym niemieckim pocisku kierowanym lat drugiej wojny światowej - F-25 Feuerlilie, niemiecka rakieta kierowana. Choć tytuł jest cokolwiek, jak się okazuje, mylący, ale to tylko wyszło artykułowi na plus...

Na wstępie przyznać trzeba, że dostępnych materiałów dotyczących przedmiotowej konstrukcji jest jak na lekarstwo, więc stworzenie na ich podstawie sześciostronicowego artykułu jest nie lada wyczynem - tym niemniej przyznać trzeba, że dzieło p. Michalskiego podparte jest dość solidną kwerendą bibliograficzną... No właśnie, tylko gdzie ta bibliografia? Znajdujemy w tekście kilkakrotnie skrócone odwołania bibliograficzne w rodzaju "D. Baker, The Rocket..., ss. 84-85", próżno jednak szukać pełnych danych przywołanej w ten sposób publikacji - oj, zawiodła redakcja, zawiodła... Wykorzystał autor jednak dwa, trzy amerykańskie opracowania wywiadowcze, mające de facto wagę materiałów źródłowych, co pozwala z nadzieją spojrzeć na oczekiwaną jakość artykułu.

Ogółem artykuł ocenić trzeba pozytywnie - przedstawia mało znaną, żeby nie rzec - niszową konstrukcję, której z reguły nie poświęca się za dużo uwagi, omówioną tu w sposób szczegółowy, zilustrowany jest ciekawymi, dobrej jakości zdjęciami. Na szczególną uwagę zasługuje bardzo ciekawy opis struktury ośrodka LFA w Braunschweig-Voelkenrode. Zabrakło może, niestety, jakiegoś rysunku czy planu Feuerlilie, no ale nie jest to największa przywara.

No dobrze, acz zacznę od tego, co mi się jednak nie podoba, choć to może i kwestia gustu - język. Kwestie techniczne opisane są niejednokrotnie w sposób absurdalnie i niepotrzebnie przerysowany, rzec można ostentacyjnie pseudonaukowy czy pseudotechniczny. Np. dowiedzieć się można, że F 25 to "rakieta jednostopniowa w układzie płasko-symetrycznym (w widoku z przodu) o czym świadczy sposób rozmieszczenia powierzchni nośnych oraz klasycznym (w widoku z boku; jest on czasami zwany również układem "samolot-pocisk"), na co wskazuje umieszczenie usterzenia w tylnej części kadłuba, poza głównymi powierzchniami nośnymi i za środkiem masy." (s. 75). Mocne. Aż strach pomyśleć, jak wyglądałby w tym stylu opis choćby trójpłatowego Fokkera Dr. I z silnikiem rotacyjnym. Zastanawiać się można, czy konieczna jest informacja aż tak precyzyjna, że pocisk wyposażony był w skrzydła "których zadanie polegało przede wszystkim na wytwarzaniu siły nośnej równoważącej masę rakiety" (s. 75 - choć, na mój gust, siła nośna równoważy raczej ciężar, a nie masę), barwnym pociągnięciem jest też określenie czasu pracy silnika "czasem trwania reakcji egzoenergetycznej" (s. 75) i sprowadzenie działania układu kierowania do sterowania ruchem środka masy pocisku (s. 74).

Co do kwestii merytorycznych - na podstawie dostępnych materiałów trudno wprawdzie ustalić jednoznacznie parametry techniczne Feuerlilie F 25, podać ich jednak można ze względną dokładnością znacznie więcej, niż znaleźć możemy w artykule (zabrakło choćby, zdawałoby się podstawowej, informacji o prędkości maksymalnej!), a i te nie wydają się zawsze wybranymi najszczęśliwiej, czasem wręcz ewidentnie źle - np. średnica kadłuba przeliczona z cali jako 24 cm, gdy sama nazwa pocisku, jak i dostępne oryginalne rysunki jednoznacznie określają ją jako 25 cm.

W kwestiach co pomniejszych szczegółów merytorycznych - "łezki" na końcach skrzydeł F 25 nie tyle były "rodzajem wzbudzanych elektrycznie cewek, służących do wychylania skrzydłowych lotek" - a raczej tylko osłonami elektromagnesów poruszających te lotki. 

No właśnie - i tu dochodzimy do kwestii układu kierowania F 25, a ta, stwierdzić muszę ze smutkiem, została w artykule dogłębnie położona. Zacznijmy od opisu próbnego startu na s. 74: "Nie jest do końca jasne, co stanowiło cel dla wystrzelonej rakiety, jednakże sądząc po zastosowanym układzie sterującym trudno przyjąć, aby był to na przykład szybko poruszający się statek powietrzny". Co gorsze, na s. 76 przeczytać możemy, że "Rakieta wyposażona była w prosty bezwładnościowy system sterowania, a jej naprowadzanie na cel odbywało się programowo. (...) Rakietę prawdopodobnie celowo wystrzeliwano w kierunku morza lub terenów nizinnych, aby uniknąć potrzeby programowania obszarów (o ile w ogóle w tym uproszczonym systemie było to możliwe), na których występowały przeszkody terenowe, stanowiące dla pocisku podczas lotu obszary wymagające ominięcia". Dalej następuje jeszcze opis systemu sterowania porównującego rzeczywiste parametry lotu z założonymi i przygotowującego wspomniany cokolwiek powyżej "zestaw sygnałów sterujących ruchem środka masy pocisku" [sic!]. Kurtyna. 

A zatem po kolei... Co było celem wystrzeliwanych rakiet? Jest to akurat całkowicie jasne - NIC. Bo w nic nie miały one trafiać. Jak na wstępie i stwierdza autor, Feuerlilie służyły do podstawowych testów aerodynamicznych - lotu z wysokimi prędkościami. System sterowania precyzyjnie opisany jest w dwóch z opracowań, na które autor się powołuje, co, niestety, nijak nie znalazło odbicia w artykule. Nie był to żaden system bezwładnościowy, programowy, programowany, czy inny niemal komputer, na żyroskopowo stabilizowanej podstawie (s. 76) jak można odnieść wrażenie - strach się jeszcze bać jaki, czytając cuda na jego temat napisane. Feuerlilie F 25 wyposażona była w jeden jedyny żyroskop za pomocą elektromagnesów zerojedynkowo wychylający lotki, ergo stabilizujący pocisk w przechyleniu. Koniec. Steru kierunku nie było, ster wysokości, zgodnie z opisem, ustawiany był śrubą na sztywno przed lotem, a zatem był to raczej trymer. Humorystycznym nieco wydaje się też przytoczony powyżej ustęp o ewentualnej konieczności omijania przeszkód terenowych, biorąc pod uwagę, że - jak autor sam pisze na s. 75 - wyrzutni F 25 nadawano kąt podniesienia 60-80 stopni, pocisk w pochyleniu kierowany nie był, a i u podnóża północnej ściany Eigeru raczej nie strzelano. Pocisk wystrzeliwano zatem w górę z wyrzutni i leciał on po linii prostej, stabilizowany przez najzwyklejszy żyroskop jedynie w przechyleniu, a trajektoria jego lotu rejestrowana była przez trzy kineoteodolity, co pozwalało na jej dokładne określenie i wyliczenie choćby współczynników oporu aerodynamicznego. I tyle. Na marginesie - Walter Wernitz, na relację którego powołuje się autor na s. 74, wyraźnie pisze właśnie o trzech kineoteodolitach - a nie o jednym, jak możemy przeczytać w artykule.

I stąd nie złożone wymagania co do układu kierowania, których nie udało się rozwiązać (s. 76)  były przyczyną przerwania prac nad F 25 - bo tych wymagań praktycznie nie było żadnych. Niesatysfakcjonujące były natomiast osiągi pocisku - co zgodnie stwierdzają chyba niemal wszystkie omawiające F 25 opracowania. Ja rozumiem, że Niemcom zdarzały się mniej lub bardziej szalone pomysły, ale zbudowanie pocisku ziemia-powietrze kierowanego wg ustalonego programu naprawdę dalece wykraczało nawet poza ich inwencję w tej materii, stąd też zupełnie nieuprawnionym wydaje się stwierdzenie, jakoby doświadczenia z Feuerlilie przyczyniły się do odejścia od systemów kierowania programowego na rzecz radiowych czy radarowych sygnałów kierujących (s. 77). Zabrakło z kolei w artykule jakiegokolwiek odniesienia się do wzmianek o zdalnie sterowanych wersjach pocisku pojawiających się w literaturze - prawdziwe one, czy nie, nie nam rozsądzać.

Trudno zgodzić się z informacją podaną na s. 75, jakoby F 25 wystrzeliwana była "ze zmodyfikowanego łoża armaty przeciwlotniczej 8,8 cm Flak, wyposażonego w długą stalową prowadnicę ustawianą na czas startu pod kątami od 10 do 30 stopni (licząc od pionu)". Na dostępnych filmach przedstawiających starty F 25 widać wyrzutnię wprawdzie nader fragmentarycznie, jest to jednak konstrukcja znacznie bardziej masywna i rozbudowana, raczej samodzielna niż ustawiona na łożu armaty przeciwlotniczej - zupełnie w każdym razie inna niż ta znana ze zdjęć Feuerlilie F 55 czy Enziana.

Niestety, zakwestionować trzeba także podane parametry silnika RI 502 przytoczone machinalnie za amerykańskim raportem, bez odniesienia do innych dostępnych danych. Pomińmy już kwestię wymiarów, nawet pomińmy te inne dane, ale przecież na pierwszy rzut oka widać, że silnik na paliwo stałe wytwarzający ciąg 500 kG w czasie 6 s, ergo impuls całkowity 3000 kG s, fizycznie nie może ważyć 17,5 kg (i w praktyce ważył prawie trzy razy więcej). No chyba, że założymy, że to masa pustego silnika, do której dołożyć trzeba 16,8 kg paliwa (s. 76), to już będzie nieco lepiej, ale nadal sporo za mało... 

Na końcu artykułu znaleźć możemy dodatkowy rozdział poświęcony pociskowi Feuerlilie F 55, co niewątpliwie stanowi jego dużą zaletę, wpływając na kompletność omówienia zagadnienia - z racji na skąpość dostępnych danych w zasadzie w sporym stopniu wyczerpujący jego temat, przynajmniej w części historycznej, dlatego też mylącym jest nieco tytuł artykułu pozwalający oczekiwać opracowania traktującego jedynie o F 25.

Nieco dziwić może tu jednak w przypadku F 55 cokolwiek arbitralne przyjmowanie przez autora niektórych informacji za pewniki - np. w kwestii liczby zamówionych F 55, w sytuacji, gdy wykorzystywane przez niego publikacje wykazują tu rozbieżności, na co w kilku innych miejscach zwracał on uwagę - no, ale powiedzmy, niech będzie. Zdecydowanie natomiast zakwestionować trzeba dane techniczne F 55 przytoczone w tabeli na s. 77 - choćby dlatego, że wersja F 55 napędzana czterema silnikami rakietowymi (określonymi asekuracyjnie jako "RI 503?") miała one silniki na stały, a nie ciekły, jak podano, materiał pędny, no i nie mieściły one łącznie w żadnym razie 150 kg paliwa. Zresztą jak i w przypadku F 55, jak i F 25, kwestia silników nie jest w artykule dostatecznie dokładnie, czy wręcz w ogóle, omówiona. 

W kwestiach geograficznych - wyspa, na której przeprowadzano próbne starty F 55 nazywa się Greifswalder Oie, a nie Greifswalder, jak konsekwentnie pisane jest na stronach 76-77. Ja rozumiem, że Oie to de facto znaczy "wyspa", ale nawet sami Niemcy piszą o niej per Insel Greifswalder Oie. Zatem i bardziej konsekwentnym tłumaczeniem byłoby, jeśli już je koniecznie forsować, "Wyspa Greifswaldzka" niż "wyspa Greifswalder" - bo to dokładnie znaczy Greifswalder Oie, jako że nazwa ta pochodzi od nieodległego miasta Greifswald. Także ośrodek w Łebie, w którym testowano F 25 nie był ośrodkiem Luftwaffe (s. 74), a firmową placówką Rheinmetalla.

I kwestia zupełnie już przyczynkowa - niezupełnie dla mnie oczywiste jest automatyczne tłumaczenie słowa Feuerlilie jako "ognista lilia", no ale to tak na marginesie i w sumie mniejsza z tym.

Na koniec - biorąc pod uwagę, że Hubert Michalski jest także autorem kilku monograficznych artykułów poświęconych niemieckim armatom przeciwlotniczym, w tym 8,8 cm Flak, bardzo zaskakuje błędna identyfikacja wyrzutni pocisku Enzian pokazanej na zdjęciu na s. 77, która, w przeciwieństwie do treści podpisu, w najmniejszym stopniu nie została zbudowana w oparciu o łoże armaty kalibru 8,8 cm.

A propos, czy dowiemy się jeszcze może z artykułu, że egzemplarze zarówno F 25, jak i F 55, zachowane są po dziś dzień w muzeum w Cosford? No właśnie...

Pomimo tych wszystkich niedociągnięć, artykuł ocenić należy, na tle krajowego piśmiennictwa wunderwaffowskiego, względnie wysoko - tak z racji na poruszenie ciekawego, niszowego tematu, jak i na jego ukazanie w szerszym aspekcie, prezentującym szereg unikalnych informacji. Zabrakło może jedynie starannej analizy dostępnych w wykorzystanych źródłach informacji, a może i oparcia się na nieco szerszej podbudowie bibliograficznej. Tym niemniej jest to bez wątpienia pozycja na tym polu wartościowa.

środa, 23 września 2020

Henschel 297 Föhn według Michaela Heidlera

 czyli

Szybka fucha na boku

W najnowszym – z września 2020 –  numerze poczytnego periodyku Militaria, noszącym dla niepoznaki zeszłoroczny numer 03 (90) / 2019, ukazał się artykuł „Henschel 297 Föhn – przeciwlotnicza wyrzutnia rakiet”, pióra renomowanego autora Michaela Heidlera, traktujący, jak od razu widać, o intrygującej i w sumie mało znanej niemieckiej broni rakietowej – wyrzutni przeciwlotniczej Föhn.

Osoba autora pozwala oczekiwać wysokiego poziomu merytorycznego tekstu… Choć, prawdę mówiąc, już tytuł artykułu zaczyna budzić niepokój i powinien zapalić w głowie czytelnika nawet nie tyle czerwone ostrzegawcze światełko, co wielką czerwoną lampę przy akompaniamencie ogłuszającego alarmowego gongu. Znając wcześniejszą twórczość p. Heidlera podejrzewać zacząłem, jeszcze przed zapoznaniem się z treścią artykułu o Föhnie, że ograniczył on się prawdopodobnie po prostu do zamieszczenia treści jakiegoś alianckiego raportu traktującego o zdobycznych wyrzutniach – i w zasadzie tyle. A jak jest naprawdę? Czy rzeczywiście autor stanął na wysokości zadania?

Przyjrzyjmy się więc artykułowi z Militariów bliżej.

Niewątpliwie atutem artykułu, rzucającym się od razu w oczy, są zdjęcia przedstawiające zdobyte przez Amerykanów w Nadrenii wyrzutnie – zdjęcia wprawdzie znane, ale tu opublikowane w dużych wymiarach i dobrej jakości. To w  zasadzie dowodzi, że podejrzenia dotyczące proweniencji opracowania były słuszne. No ale co w końcu z tekstem?

A więc, zacznijmy zatem od samego początku, tego, co budziło już zawczasu niepokój – wspomniany już tytuł, czy też ustęp na s. 76…

Henschel opracował również wyrzutnię rakiet znaną pod nazwą Föhn, która miała skutecznie odstraszać nisko lecące samoloty przeciwnika.

… przypisują skonstruowanie Föhna firmie Henschel.

No, niestety, nie. W przeciwieństwie do tego, co wyczytać możemy na Wikipedii, Föhn nie miał nic wspólnego z firmą Henschel, choć ta atrybucja, podobnie jak i towarzyszące jej oznaczenia Hs 217 czy - jak w artykule Hs 297 – z jakiegoś powodu uporczywie się w literaturze od dziesięcioleci utrzymują. Stanowiące uzbrojenie wyrzutni rakiety powstały w rzeczywistości w firmie Donar GmbH z Wesermünde. Nazwa ta budzić może zdziwienie co bardziej uświadomionego czytelnika – że co, Donar, co to za wynalazek w ogóle? Tymczasem jest to firma o olbrzymim dziedzictwie na polu niemieckich konstrukcji rakietowych – łącząca się z osobą jednego z pionierów niemieckiego rakietnictwa, Friedricha Wilchelma Sandera. Same zaś wyrzutnie Föhna natomiast skonstruowane zostały przez czeską Waffenwerke Brünn. Nie ma Henschla. Pa pa!

Na tejże stronie 76 dowiedzieć się także możemy, że wyrzutnie przewożono na przyczepie…

… jaką stosowano do transportu działka Flak 38 kal. 20 mm.

Tutaj trudno się trochę nie poczepiać. Po pierwsze, termin działko stosuje się w Polsce, jeśli już, do broni lotniczej, lądowe to są armaty – w tym przypadku jest to nawet armata automatyczna. Do tego armata ta nazywa się nie „Flak 38”, ale konkretnie „2 cm Flak 38”, z kalibrem podanym w centymetrach stanowiącym integralną część nazwy. No i, nie wiedzieć czemu, autor nie pokusił się o podanie nazwy onej przyczepy (która, skądinąd, nie służyła jedynie do przewozu armat 2 cm Flak 38 czy wyrzutni Föhn) – Sd.Ah. 58. Czyżby na Wikipedii nie napisali? No dobrze, złośliwości na bok…

Opis wyrzutni, jak opis, dość precyzyjny, ale momentami niezbyt składny, co zapewne w części zrzucić można na karb tłumaczenia (a w tym przypadku mamy najpewniej do czynienia z tłumaczeniem z angielskiego na niemiecki i z niemieckiego na polski). W efekcie trafić można np. na takie kwiatki, jak na stronie 79:

Nakierowanie na cel ułatwiał okrągły celownik.

Co, jak podejrzewać można, nie dotyczyło kształtu celownika jako takiego (kogo zresztą obchodzi, czy celownik był okrągły, kwadratowy czy podłużny), ale jest jakąś niefortunną wariacją tłumaczenia nazwy celownika – Schwebehalbkreisvisier. 

Niestety, mimo dobrej jakości materiału ilustracyjnego i opis okazuje się niekoniecznie przystawać do rzeczywistości, jak zauważyć można juz na początku strony 80:

Rakiety były umieszczane w kratownicowych magazynkach po pięć sztuk w każdym, które wkładano od góry do wyrzutni. Aby wykonać te operację, rama musiała być ustawiona poziomo.

Jak bym się w archiwalne zdjęcia ilustrujące artykuł nie wpatrywał, ja tam żadnych magazynków (czy raczej może ładowników), ani jakiejkolwiek możliwości ich zastosowania w opisany sposób nie widzę. A gdy patrzę na zdjęcie muzealnej wyrzutni ze Sztokholmu (druga taka sama jest, nota bene, w Kopenhadze) - są. Czary, czy może jednak autor o czymś nie wie? Czyżby były różne wersje wyrzutni? Nie no, o tak oczywistej sprawie jednak by napisał...? Pozostawmy jeszcze czytelnika przez chwilę w niepewności.

Zupełnym curiosum terminologicznym jest passus z tejże strony 80, opisujący mechanizm odpalający wyrzutni:

Iglice miały formę małych kurków, które umieszczano na metalowym pręcie. Każdy pręt zawierał pięć „spustów”.

Iglice w formie kurków będących „spustami”?! Nie prościej było napisać, że na każdej osi umieszczono pięć kurków z iglicami? Trudno w każdym razie dojść, ile w tym zasługi autora, a ile tłumacza… Tuż dalej czytamy z kolei, że...

Pokrętła umożliwiające obrót zestawu w płaszczyźnie pionowej i poziomej znajdowały się po lewej stronie zestawu, podobnie jak celownik i spust.

Też nie. Nie pokrętła, a pokrętło, jedno, służące do poruszania wyrzutni w podniesieniu. W azymucie nie było żadnego mechanizmu naprowadzającego, celowniczy obracał całą wyrzutnię swobodnie, korzystając z widocznej na zdjęciach rękojeści (na której zamontowana była też dźwignia spustu).

Przechodząc już do kwestii cokolwiek bardziej merytorycznych, na tej samej stronie 80 dowiadujemy się, że…

Amunicję stanowiły zmodyfikowane pociski Rauchzylinder 73 (RZ 73) z granatami 4609 (R.Sprgr.4609) kal. 73 mm. Rauchzylinder (czyli „pojemnik na ładunek dymny”) to nazwa stosowana w ramach zakamuflowania prawdziwej produkcji pocisków w zakładach Rheinmetall-Borsig.

Kolejna często pojawiająca się nieprawda. Pocisk 7,3 cm R. Sprgr. do wyrzutni Föhn nie wywodził się z pocisku RZ 73, ba, nie miał z nim nic wspólnego. Bezpośrednim protoplastą 7,3 cm R. Sprgr. Była lotnicza rakieta RZ 65, skonstruowana jeszcze w l. 30. we wspomnianych zakładach Donar GmbH i ostatecznie, z racji na kiepskie osiągi, pomimo kilkuletniego procesu rozwojowego nie przyjęta na uzbrojenie lotnictwa. Więcej szczęścia zaznał RZ 65 nieoczekiwanie w wersji lądowej – w postaci rakiety agitacyjnej Pg Gr 41 oraz naszej właśnie 7,3 cm R. Sprgr. Natomiast RZ 73 była zupełnie niezależnie skonstruowaną rakietą o cokolwiek wyższych osiągach i gabarytach, faktycznie męczoną gdzieś na przełomie lat 1941/42 przez Rheinmetalla.

Porównanie rakiet RZ 65, 7,3 cm R.Sprgr. i RZ 73.

Dodatkowo, numer 4609 – nie ma specjalnie racji bytu. Owszem, pojawia się w literaturze, tyle tylko, że w tymże czterocyfrowym systemie oznaczeń amunicji numery kończące się na 9 oznaczały amunicję szkolną – numer ten nie mógł być zatem zastosowany do rakiety bojowej. Puszczając wodze fantazji, moglibyśmy hipotetycznie mieć bojową 7,3 cm R. Sprgr. 4601, albo szkolną Ex. 7,3 cm R.Sprgr. 4609. A jak było zatem naprawdę? W dokumentach z etapu opracowywania Föhna pociski oznaczane są jako 7,3 cm R-Spgr (Spreng skracane jako Sp, a nie Spr, czyli tak trochę po kriegsmarinowsku), zaś na etykietach z już „bojowych” skrzynek amunicyjnych noszą miano po prostu 7,3 cm R. Sprgr. Tak a propos, uważny czytelnik spostrzegł może, że w całym artykule, poza kryptonimem Föhn, ani razu nie padło oficjalne oznaczenie samej wyrzutni...?

Na tejże niefortunnej stronie 80. czytamy dalej, iż…

Nie stosowano brzechw stabilizujących, dlatego aby nadać rakietom właściwą rotację wzdłuż osi podłużnej, siedem zewnętrznych dysz u podstawy pocisku montowano pod pewnym kątem. W związku z tym jedynie siedem wewnętrznych dysz generowało właściwy ciąg.

Trudno bowiem mówić o jakimkolwiek „montowaniu” dysz pod kątem, skoro nie były one żadnymi osobnymi elementami, ale wiercono je bezpośrednio w tylnym dnie komory spalania (co zresztą dokładnie pokazuje zdjęcie na końcu artykułu). No i ten właściwy ciąg… Rozumiem z tego, że silniki pocisków, które posiadały wszystkie dysze skierowane pod kątem w celu wywołania rotacji (czyli, generalnie rzecz biorąc, i żeby daleko nie szukać, wszystkie rakiety od wszystkich nebelwerferów), w ogóle w związku z tym nie generowały „właściwego ciągu”?

W dalszej części tego samego akapitu mamy już kwiatek cięższego gatunku:

Do odpalania rakiet stosowano spłonki uderzeniowe Raketenaufschalgzünder RAZ 51.

Poparty dla pewności podpisem zdjęcia na s. 82:

Spłonka RAZ 51.

I tu już po prostu ręce opadają. RAZ 51 to bowiem nie spłonka służąca do inicjowania silnika pocisku – jak zda się z tego wynikać – ale głowicowy zapalnik uderzeniowy detonujący głowicę bojową. Zapalnik. Nie wiem, tłumacz to był popełnił, czy autor – obstawiam tłumacza – ale efekt wyszedł, jak wyszedł, czyli żenujący. Jest tu w ogóle jakaś korekta merytoryczna?

Zapalnik RAZ 51

Warto zwrócić natomiast uwagę na tabelkę z danymi technicznymi pocisku zamieszczoną na str. 80. Te bowiem, w przeciwieństwie do tego, co najczęściej można znaleźć we wszelakich opracowaniach powielających bezrefleksyjnie parametry RZ 73, są w zasadzie prawidłowe. Przyczepić się można jedynie cokolwiek do długości, która wynosić powinna nie 282 mm, a 277 mm (262 mm pocisku + 15 mm zapalnika). Poza tym, niestety, artykuł nie zawiera – poza jednym archiwalnym przekrojowym rysunkiem – żadnych bliższych informacji o budowie czy sposobie działania pocisku.

No i w końcu przejść wypada do podsumowania, a to, niestety, trudno widzieć w świetle pozytywnym. Ograniczył się on artykuł do zamieszczenia zdjęć z amerykańskiego opracowania, opisanych w sposób kulawy i niepełny. Czego zabrakło – dopisane zostało najwyraźniej na podstawie Wikipedii czy innego podobnej jakości źródła. Nie dowiemy się nic o procesie rozwojowym Föhna i towarzyszącym mu problemach, zasadach użycia, odmianach wyrzutni, wersjach rozwojowych tak wyrzutni, jak i amunicji, czy nawet o zastosowaniu samych rakiet w lotnictwie. Nie poznamy żadnych bliższych szczegółów ledwo wzmiankowanego w artykule użycia Föhnów pod Remagen (a wspomnieć warto, że dowódca baterii skazany został za jej utratę na śmierć)... Ba, nie dowiemy się także o zaangażowaniu w ten program Kriegsmarine – co tym bardziej zniesmacza, że pokazana w artykule muzealna wyrzutnia Föhn ze Sztokholmu jest właśnie wyrzutnią morską, różniącą się szeregiem rozwiązań od wersji lądowej zaprezentowanej na archiwalnych zdjęciach (co zapewne łacno dostrzeże na ilustracjach uważny czytelnik - a co zarazem wyjaśnia wspomnianą kwestię użycia pięciopociskowych ładowników, które raz są, a raz ich nie ma), a Kriegsmarine zaczęła nawet chyba używać Föhnów wcześniej niż Heer czy Luftwaffe.

Całościowa ocena artykułu musi być, niestety, bezlitosna. Poza doskonałymi zdjęciami, jest on fatalnie napisany i jeszcze gorzej przetłumaczony – obie te czynności sprawiają wrażenie dokonanych dosłownie na kolanie. Tekst jest miejscami tak słaby językowo i merytorycznie, że trudno nawet dojść, czy to wina autora, czy kiepskiego tłumacza. W zasadzie bez większego cienia wątpliwości uznać można, że całościowo jest to jeden z najgorszych, o ile nie najgorszy artykuł na temat niemieckiej broni rakietowej, jaki ukazał się w Polsce na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat – a publikowano w tym okresie naprawdę najprzeróżniejsze kwiatki. Tutaj, niestety, niefrasobliwe podejścia autora, choćby nie wiem jak renomowanego, wraz z pogarszającym jeszcze wszystko tłumaczeniem, dały efekt bardzo nieszczególny.

Czytelnik bliżej zainteresowany tematem Föhna sięgnąć zaś mógłby do - opisującej m. in. tę broń - pierwszej części poświęconego niemieckim niekierowanym rakietom przeciwlotniczym artykułu "Rakietowa desperacja" opublikowanego w Nowej Technice Wojskowej Numer Specjalny 3/2017. Idealnie tez nie jest, ale jednak znacznie bardziej obszernie niż w przypadku szybkiej fuchy pana Heidlera.