czyli
Szybka fucha na boku
W najnowszym – z września 2020
– numerze poczytnego periodyku
Militaria, noszącym dla niepoznaki zeszłoroczny numer 03 (90) / 2019, ukazał
się artykuł „Henschel 297 Föhn – przeciwlotnicza wyrzutnia rakiet”, pióra
renomowanego autora Michaela Heidlera, traktujący, jak od razu widać, o
intrygującej i w sumie mało znanej niemieckiej broni rakietowej – wyrzutni
przeciwlotniczej Föhn.
Osoba autora pozwala oczekiwać
wysokiego poziomu merytorycznego tekstu… Choć, prawdę mówiąc, już tytuł
artykułu zaczyna budzić niepokój i powinien zapalić w głowie czytelnika nawet
nie tyle czerwone ostrzegawcze światełko, co wielką czerwoną lampę przy
akompaniamencie ogłuszającego alarmowego gongu. Znając wcześniejszą twórczość
p. Heidlera podejrzewać zacząłem, jeszcze przed zapoznaniem się z treścią
artykułu o Föhnie, że ograniczył on się prawdopodobnie po prostu do zamieszczenia
treści jakiegoś alianckiego raportu traktującego o zdobycznych wyrzutniach – i
w zasadzie tyle. A jak jest naprawdę? Czy rzeczywiście autor stanął na
wysokości zadania?
Przyjrzyjmy się więc
artykułowi z Militariów bliżej.
Niewątpliwie atutem artykułu,
rzucającym się od razu w oczy, są zdjęcia przedstawiające zdobyte przez
Amerykanów w Nadrenii wyrzutnie – zdjęcia wprawdzie znane, ale tu opublikowane w dużych
wymiarach i dobrej jakości. To w
zasadzie dowodzi, że podejrzenia dotyczące proweniencji opracowania były
słuszne. No ale co w końcu z tekstem?
A więc, zacznijmy zatem od samego początku, tego, co budziło już zawczasu niepokój – wspomniany już tytuł,
czy też ustęp na s. 76…
Henschel
opracował również wyrzutnię rakiet znaną pod nazwą Föhn, która miała skutecznie
odstraszać nisko lecące samoloty przeciwnika.
… przypisują skonstruowanie Föhna
firmie Henschel.
No, niestety, nie. W przeciwieństwie do
tego, co wyczytać możemy na Wikipedii, Föhn nie miał nic wspólnego z firmą
Henschel, choć ta atrybucja, podobnie jak i towarzyszące jej oznaczenia Hs 217
czy - jak w artykule Hs 297 – z jakiegoś powodu uporczywie się w literaturze od
dziesięcioleci utrzymują. Stanowiące uzbrojenie wyrzutni rakiety powstały w
rzeczywistości w firmie Donar GmbH z Wesermünde. Nazwa ta budzić może
zdziwienie co bardziej uświadomionego czytelnika – że co, Donar, co to za
wynalazek w ogóle? Tymczasem jest to firma o olbrzymim dziedzictwie na polu
niemieckich konstrukcji rakietowych – łącząca się z osobą jednego z pionierów
niemieckiego rakietnictwa, Friedricha Wilchelma Sandera. Same zaś wyrzutnie Föhna
natomiast skonstruowane zostały przez czeską Waffenwerke Brünn. Nie ma
Henschla. Pa pa!
Na tejże stronie 76 dowiedzieć
się także możemy, że wyrzutnie przewożono na przyczepie…
… jaką stosowano
do transportu działka Flak 38 kal. 20 mm.
Tutaj trudno się trochę nie
poczepiać. Po pierwsze, termin działko stosuje się w Polsce, jeśli już, do
broni lotniczej, lądowe to są armaty – w tym przypadku jest to nawet armata
automatyczna. Do tego armata ta nazywa się nie „Flak 38”, ale konkretnie „2 cm
Flak 38”, z kalibrem podanym w centymetrach stanowiącym integralną część nazwy.
No i, nie wiedzieć czemu, autor nie pokusił się o podanie nazwy onej przyczepy (która, skądinąd, nie służyła jedynie do przewozu armat 2 cm Flak 38 czy wyrzutni Föhn)
– Sd.Ah. 58. Czyżby na Wikipedii nie napisali? No dobrze, złośliwości na bok…
Opis wyrzutni, jak opis, dość precyzyjny, ale momentami niezbyt
składny, co zapewne w części zrzucić można na karb tłumaczenia (a w tym
przypadku mamy najpewniej do czynienia z tłumaczeniem z angielskiego na
niemiecki i z niemieckiego na polski). W efekcie trafić można np. na takie
kwiatki, jak na stronie 79:
Nakierowanie na
cel ułatwiał okrągły celownik.
Co, jak podejrzewać można, nie
dotyczyło kształtu celownika jako takiego (kogo zresztą obchodzi, czy celownik
był okrągły, kwadratowy czy podłużny), ale jest jakąś niefortunną wariacją
tłumaczenia nazwy celownika – Schwebehalbkreisvisier.
Niestety, mimo dobrej jakości materiału ilustracyjnego i opis okazuje się niekoniecznie przystawać do rzeczywistości, jak zauważyć można juz na początku strony 80:
Rakiety były umieszczane w kratownicowych magazynkach po pięć sztuk w każdym, które wkładano od góry do wyrzutni. Aby wykonać te operację, rama musiała być ustawiona poziomo.
Jak bym się w archiwalne zdjęcia ilustrujące artykuł nie wpatrywał, ja tam żadnych magazynków (czy raczej może ładowników), ani jakiejkolwiek możliwości ich zastosowania w opisany sposób nie widzę. A gdy patrzę na zdjęcie muzealnej wyrzutni ze Sztokholmu (druga taka sama jest, nota bene, w Kopenhadze) - są. Czary, czy może jednak autor o czymś nie wie? Czyżby były różne wersje wyrzutni? Nie no, o tak oczywistej sprawie jednak by napisał...? Pozostawmy jeszcze czytelnika przez chwilę w niepewności.
Zupełnym curiosum
terminologicznym jest passus z tejże strony 80, opisujący mechanizm odpalający wyrzutni:
Iglice miały
formę małych kurków, które umieszczano na metalowym pręcie. Każdy pręt zawierał
pięć „spustów”.
Iglice w formie kurków
będących „spustami”?! Nie prościej było napisać, że na każdej osi umieszczono
pięć kurków z iglicami? Trudno w każdym razie dojść, ile w tym zasługi autora,
a ile tłumacza… Tuż dalej czytamy z kolei, że...
Pokrętła umożliwiające obrót zestawu w płaszczyźnie pionowej i poziomej znajdowały się po lewej stronie zestawu, podobnie jak celownik i spust.
Też nie. Nie pokrętła, a pokrętło, jedno, służące do poruszania wyrzutni w podniesieniu. W azymucie nie było żadnego mechanizmu naprowadzającego, celowniczy obracał całą wyrzutnię swobodnie, korzystając z widocznej na zdjęciach rękojeści (na której zamontowana była też dźwignia spustu).
Przechodząc już do kwestii
cokolwiek bardziej merytorycznych, na tej samej stronie 80 dowiadujemy się, że…
Amunicję
stanowiły zmodyfikowane pociski Rauchzylinder 73 (RZ 73) z granatami 4609 (R.Sprgr.4609)
kal. 73 mm. Rauchzylinder (czyli „pojemnik na ładunek dymny”) to nazwa
stosowana w ramach zakamuflowania prawdziwej produkcji pocisków w zakładach
Rheinmetall-Borsig.
Kolejna często pojawiająca się
nieprawda. Pocisk 7,3 cm R. Sprgr. do wyrzutni Föhn nie wywodził się z pocisku
RZ 73, ba, nie miał z nim nic wspólnego. Bezpośrednim protoplastą 7,3 cm R.
Sprgr. Była lotnicza rakieta RZ 65, skonstruowana jeszcze w l. 30. we
wspomnianych zakładach Donar GmbH i ostatecznie, z racji na kiepskie osiągi,
pomimo kilkuletniego procesu rozwojowego nie przyjęta na uzbrojenie lotnictwa.
Więcej szczęścia zaznał RZ 65 nieoczekiwanie w wersji lądowej – w postaci
rakiety agitacyjnej Pg Gr 41 oraz naszej właśnie 7,3 cm R. Sprgr. Natomiast RZ
73 była zupełnie niezależnie skonstruowaną rakietą o cokolwiek wyższych
osiągach i gabarytach, faktycznie męczoną gdzieś na przełomie lat 1941/42 przez
Rheinmetalla.
 |
Porównanie rakiet RZ 65, 7,3 cm R.Sprgr. i RZ 73.
|
Dodatkowo, numer 4609 – nie ma
specjalnie racji bytu. Owszem, pojawia się w literaturze, tyle tylko, że w tymże czterocyfrowym systemie oznaczeń amunicji numery kończące się na 9
oznaczały amunicję szkolną – numer ten nie mógł być zatem zastosowany do rakiety
bojowej. Puszczając wodze fantazji, moglibyśmy hipotetycznie mieć bojową 7,3 cm
R. Sprgr. 4601, albo szkolną Ex. 7,3 cm R.Sprgr. 4609. A jak było zatem
naprawdę? W dokumentach z etapu opracowywania Föhna pociski oznaczane są jako 7,3 cm R-Spgr (Spreng skracane jako Sp,
a nie Spr, czyli tak trochę po kriegsmarinowsku), zaś na etykietach z już
„bojowych” skrzynek amunicyjnych noszą miano po prostu 7,3 cm R. Sprgr. Tak a propos, uważny czytelnik spostrzegł może, że w całym artykule, poza kryptonimem Föhn, ani razu nie padło oficjalne oznaczenie samej wyrzutni...?
Na tejże niefortunnej stronie
80. czytamy dalej, iż…
Nie stosowano
brzechw stabilizujących, dlatego aby nadać rakietom właściwą rotację wzdłuż osi
podłużnej, siedem zewnętrznych dysz u podstawy pocisku montowano pod pewnym
kątem. W związku z tym jedynie siedem wewnętrznych dysz generowało właściwy
ciąg.
Trudno bowiem mówić o
jakimkolwiek „montowaniu” dysz pod kątem, skoro nie były one żadnymi osobnymi
elementami, ale wiercono je bezpośrednio w tylnym dnie komory spalania (co
zresztą dokładnie pokazuje zdjęcie na końcu artykułu). No i ten właściwy ciąg…
Rozumiem z tego, że silniki pocisków, które posiadały wszystkie dysze
skierowane pod kątem w celu wywołania rotacji (czyli, generalnie rzecz biorąc, i
żeby daleko nie szukać, wszystkie rakiety od wszystkich nebelwerferów), w ogóle
w związku z tym nie generowały „właściwego ciągu”?
W dalszej części tego samego
akapitu mamy już kwiatek cięższego gatunku:
Do odpalania
rakiet stosowano spłonki uderzeniowe Raketenaufschalgzünder RAZ 51.
Poparty dla pewności podpisem
zdjęcia na s. 82:
Spłonka RAZ 51.
I tu już po prostu ręce
opadają. RAZ 51 to bowiem nie spłonka służąca do inicjowania silnika pocisku –
jak zda się z tego wynikać – ale głowicowy zapalnik uderzeniowy detonujący głowicę
bojową. Zapalnik. Nie wiem, tłumacz to był popełnił, czy autor – obstawiam
tłumacza – ale efekt wyszedł, jak wyszedł, czyli żenujący. Jest tu w ogóle
jakaś korekta merytoryczna?
 |
| Zapalnik RAZ 51 |
|
Warto zwrócić natomiast uwagę
na tabelkę z danymi technicznymi pocisku zamieszczoną na str. 80. Te bowiem, w
przeciwieństwie do tego, co najczęściej można znaleźć we wszelakich
opracowaniach powielających bezrefleksyjnie parametry RZ 73, są w zasadzie prawidłowe.
Przyczepić się można jedynie cokolwiek do długości, która wynosić powinna nie
282 mm, a 277 mm (262 mm pocisku + 15 mm zapalnika). Poza tym, niestety,
artykuł nie zawiera – poza jednym archiwalnym przekrojowym rysunkiem – żadnych bliższych
informacji o budowie czy sposobie działania pocisku.
No i w końcu przejść wypada do
podsumowania, a to, niestety, trudno widzieć w świetle pozytywnym. Ograniczył się on artykuł do zamieszczenia zdjęć z
amerykańskiego opracowania, opisanych w sposób kulawy i niepełny. Czego
zabrakło – dopisane zostało najwyraźniej na podstawie Wikipedii czy innego podobnej jakości źródła. Nie dowiemy
się nic o procesie rozwojowym Föhna i towarzyszącym mu problemach, zasadach
użycia, odmianach wyrzutni, wersjach rozwojowych tak wyrzutni, jak i amunicji, czy nawet o zastosowaniu samych rakiet w lotnictwie. Nie
poznamy żadnych bliższych szczegółów ledwo wzmiankowanego w artykule użycia Föhnów
pod Remagen (a wspomnieć warto, że dowódca baterii skazany został za jej utratę na śmierć)... Ba, nie dowiemy się także o zaangażowaniu w ten program Kriegsmarine –
co tym bardziej zniesmacza, że pokazana w artykule muzealna wyrzutnia Föhn ze Sztokholmu jest właśnie wyrzutnią morską, różniącą się szeregiem rozwiązań od
wersji lądowej zaprezentowanej na archiwalnych zdjęciach (co zapewne łacno
dostrzeże na ilustracjach uważny czytelnik - a co zarazem wyjaśnia wspomnianą kwestię użycia pięciopociskowych ładowników, które raz są, a raz ich nie ma), a Kriegsmarine zaczęła nawet chyba
używać Föhnów wcześniej niż Heer czy Luftwaffe.
Całościowa ocena artykułu musi
być, niestety, bezlitosna. Poza doskonałymi zdjęciami, jest on fatalnie
napisany i jeszcze gorzej przetłumaczony – obie te czynności sprawiają wrażenie
dokonanych dosłownie na kolanie. Tekst jest miejscami tak słaby językowo i merytorycznie,
że trudno nawet dojść, czy to wina autora, czy kiepskiego tłumacza. W zasadzie bez większego cienia
wątpliwości uznać można, że całościowo jest to jeden z najgorszych, o ile nie najgorszy artykuł na temat niemieckiej
broni rakietowej, jaki ukazał się w Polsce na przestrzeni ostatnich kilkunastu
lat – a publikowano w tym okresie naprawdę najprzeróżniejsze kwiatki. Tutaj, niestety, niefrasobliwe podejścia autora, choćby nie wiem jak renomowanego, wraz z pogarszającym jeszcze wszystko tłumaczeniem, dały efekt bardzo nieszczególny.
Czytelnik bliżej zainteresowany tematem Föhna sięgnąć zaś mógłby do - opisującej m. in. tę broń - pierwszej części poświęconego niemieckim niekierowanym rakietom przeciwlotniczym artykułu "Rakietowa desperacja" opublikowanego w Nowej Technice Wojskowej Numer Specjalny 3/2017. Idealnie tez nie jest, ale jednak znacznie bardziej obszernie niż w przypadku szybkiej fuchy pana Heidlera.