Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 stycznia 2026

No to chlup! Na trzecie nóżkie!

 czyli

Co by tu jeszcze zakombinować?

Zajmowaliśmy się już tutaj wcale interesującą problematyką niemieckich zapalników hydrodynamicznych do amunicji przeciwlotniczej - czy to w postaci pocisku zapalającego 2 cm Brgr. 44 o. Zerl., czy leż lotek szrapnelowych FK 44

Okazuje się jednak, że nie koniec to wcale epopei niemieckiego zapalnika tego rodzaju, bo i na tym polu naród ów twórczy postanowił coś namącić, żeby nie rzec, ubogacić koncepcję - i to wcale nie tylko w postaci wspomnianego w pierwszym wpisie zapalnika hydrodynamiczno-uderzeniowego z samolikwidatorem. Skoro można wzbogacać funkcje samego zapalnika, można przecie i wzbogacać funkcje pocisku!

Tropem tym poszła niezawodna firma Hasag z Lipska, projektując pod koniec wojny (a może i już po jej zakończeniu) w kalibrach 2 cm i 3 cm całą serię doświadczalnych pocisków przeciwpancerno-zapalających z zapalnikiem hydrodynamicznym, pod wspólną nazwą nazwą Panzerbrandgranat 44 (co zarazem pozwala sądzić, że rocznik, czy model 44, ogólnie oznaczał pocisk czy też lotkę z zapalnikiem hydrodynamicznym - skoro mamy i Brgr. 44 i Pzbrgr. 44 i FK 44).

Spójrzmy zatem na taką konstrukcję na przykładzie jednej z wielu proponowanych odmian pocisku 2 cm Pzbrgr. 44 L'spur o. Zerl., czyli przeciwpancerno-zapalającego ze smugaczem i bez samolikwidatora. 

Po lewej na rysunku powyżej widzimy jego przekrój - sam korpus pocisku charakteryzuje się właściwą lotniczej amunicji przeciwpancernej grubościenną ostrołukową częścią głowicową i jest w tym przypadku dwudzielny, łączony z dwóch wprasowanych części, przedniej i tylnej, choć były i wersje ze skorupami jednoczęściowymi, zamkniętymi wkrętką denną, podobnie do zwykłych pocisków przeciwpancernych. Różnice występowały też w ukształtowaniu części tylnej, mogącej mieć grubsze lub cieńsze ścianki, stąd mieszczącej różne ilości materiału wybuchowego - tu mamy akurat pokazaną wersję grubościenną. 

No ale powróćmy do specyfiki konstrukcji. W przeciwieństwie do znanego nam już głowicowego zapalnika AZ 9501, zapalnik hydrodynamiczny stosowany w przeważającej liczbie pocisków przeciwpancerno-zapalających, ochrzczony przez Hasaga zgrabną nazwą Flüssigkeitsdruckzünder Z 20156 (czyli zapalnik ciśnieniowy cieczy), był niewielkim i równie zgrabnym podzespołem umieszczonym, jak to w amunicji przeciwpancernej, wewnątrz korpusu pocisku i mieścił jedynie iglicę z tarczką przyjmującą uderzenie paliwa, zabezpieczoną za pomocą spiralnie zwiniętej płaskiej sprężyny, oraz spłonkę detonującą Sprengkapsel Duplex (Stahl) modelu 1461. Całość miała ledwo 10 mm średnicy i jakieś 26 mm długości. Natomiast kanały dolotowe cieczy były w tym przypadku - i w odróżnieniu od zapalnika AZ 9501 - elementami korpusu pocisku, a nie samego zapalnika. Liczba kanałów, 3 lub 4, a także ich geometria różniły się w różnych zaproponowanych wersjach pocisku, na pokazanym przykładzie mamy w każdym razie cztery kanały średnicy 3,5 mm skierowane do przodu pod kątem 20 stopni. Część głowicowa pocisku osłonięta była nakładką i blaszanym czepcem, upodobniającym jej kształt do pocisków ze zwykłymi zapalnikami głowicowymi. Tylna część korpusu, w sumie już nic ciekawego, mieściła jedynie ładunek materiału wybuchowego HA 41, czyli mieszaninę heksogenu z aluminium, oraz smugacz. Cały pocisk miał 19,7 mm średnicy korpusu i 84 mm długości.

Na pierwszym rysunku pośrodku widzimy zatem zewnętrzną formę kompletnego pocisku w malowaniu, które, jak można podejrzewać, nosiłby w służbie - czyli pocisku przeciwpancerno-zapalającego ze smugaczem, według znanych nam reguł znakowania amunicji lotniczej.

W działaniu prezentowałby się on pocisk zupełnie podobnie do 2 cm Brgr. 44 o. Zerl. z zapalnikiem AZ 9501. Po strzale, na skutek rotacji pocisku, sprężyna zabezpieczająca w zapalniku Z 20156 rozwijała się na boki, uwalniając iglicę z tarczką i tym samym uzbrajając zapalnik. Przy trafieniu w cel czepiec osłaniający korpus pocisku ulegał zniszczeniu, odsłaniając kanały dolotowe w korpusie - jak pokazane jest na pierwszym rysunku po prawej. Jeżeli pocisk trafił w zbiornik paliwa, strumień cieczy przez otwory dolotowe dostawał się do zapalnika, wbijając iglicę w spłonkę i inicjując wybuch. 

W porównaniu do pocisku czysto zapalającego, 2 cm Pzsprgr. 44 oferował oczywiście działanie przeciwpancerne, mogąc więc skutecznie razić nawet opancerzone czy po prostu solidne elementy płatowca, o które 2 cm Brgr. 44 najzwyczajniej jałowo by się rozbił, jednak zapalnik Z 20156 podobnie jak i  AZ 9501 działał jedynie w przypadku trafienia w ciecz - i to z odpowiednio wysoką prędkością. No, ale powiedzmy w przypadku pocisku przeciwpancernego wybuch jest niejako dodatkowym aspektem jego działania.

No więc tu jest niejaki postęp, ale nie do końca... Lepiej natomiast sytuacja wyglądała w przypadku większych pocisków 3 cm Pzbrgr. 44 o. Zerl., które oprócz hydrodynamicznego zapalnika Z 20156 posiadały również denny zapalnik uderzeniowy JZ 2514 czy też Z 30119 - tutaj zatem wybuch gwarantowany był niezależnie od obiektu trafienia.

piątek, 19 grudnia 2025

Rakietowa świeca

czyli

Yeti po niemiecku 

 Jednym z bardziej znanych pośród pasjonatów lotnictwa, a zarazem bardzo nieznanych w ogóle broni Luftwaffe doby drugiej wojny światowej jest bez wątpienia samolot określany jako He 177 Grosszerstoerer - czyli przeznaczona do zwalczania ciężkich formacji bombowych myśliwska, czy raczej niszczycielska wersja He 177 uzbrojona w strzelające w górę wyrzutnie rakietowe kalibru 21 cm.

W popularnej literaturze przeczytać o onej konstrukcji możemy, że samolot ten uzbrojony był w 33 wyrzutnie rakietowe (11x3) zamontowane pomiędzy stanowiskami strzeleckimi B1 i B2, skierowane w górę pod kątem 60 stopni, z niewielkim odchyleniem w prawo (a wg Manfreda Griehla końcówki prowadnic wystawały z kadłuba z obu stron po 10 cm). Rakiety wystrzeliwać można było pojedynczo lub w salwach po 15 i 18 sztuk. Ogólna liczba tak uzbrojonych He 177 waha się wg różnych opracowań od 5 do 8.

Zgodnie z tymi opisami samolot przedstawiany, czy raczej wyobrażany (żeby nie rzec, wysysany z palca) jest zatem z wyrzutniami zamontowanymi pomiędzy grzbietowymi wieżyczkami, na wysokości skrzydeł i skierowanymi ukośnie do przodu, jak możemy ujrzeć na ilustracji poniżej - i też w ten sposób odzwierciedlił go w modelu w skali 1:72 żywiczny zestaw konwersyjny firmy Schatton Modellbau. 

A jak było naprawdę? No właśnie zupełnie nie tak. 

Zaczynając od podstaw - cały ten system uzbrojenia, którego pomysłodawcą był pewien porucznik Luftwaffe, wykoncypowany był w celu atakowania ostrzałem powierzchniowym (czy jak to określił twórca - dywanowym) formacji bombowców spoza zasięgu ich uzbrojenia obronnego (w założeniu z odległości 2000 m), a dzięki równoległemu torowi lotu myśliwca i celu oczekiwana była wysoka precyzja celowania. 

A wracając zaś do konstrukcji samego Grosszerstoerera - jedyne, co w tej pokutującej w świadomości społecznej czy raczej historycznej wersji odpowiada prawdzie, to liczba wyrzutni - 33 sztuki w układzie 11x3. 

Poza tym, wyrzutnie one umieszczone były w dwóch przednich komorach bombowych, czyli zaraz za kabiną, a przed dźwigarem skrzydeł (jak pokazano na rysunku poniżej) - skutkiem czego samolot nie posiadał przedniej wieżyczki grzbietowej - i skierowane były pionowo w górę, a nie pod jakimkolwiek kątem. Kadłub samolotu, wymagający skądinąd, skutkiem osłabienia otworami pracującego poszycia, dołożenia wzmocnień, w tym dodatkowej warstwy blachy na grzbiecie, wykończony był poza tym całkowicie gładko i z zewnątrz widoczne były z obu stron tylko okrągłe otwory wylotowe prowadnic. 

 
 Rakiety wystrzeliwane były za pomocą standardowego interwalometru RAB, służącego normalnie do zrzutu bomb, pojedynczo w odstępach 0,5 s. Formalnie odpalać je można było z dowolną szybkostrzelnością, ale zawsze pojedynczo i w odstępach nie mniejszych niż 0,5 s -  w przeciwnym razie dochodziło do zbyt silnego oddziaływania gazów prochowych na konstrukcję samolotu, a także do wzajemnego wpływu na siebie rakiet w locie, nieakceptowalnie zwiększającego rozrzut. W sytuacji awaryjnej pociski, ważące wszak łącznie dobre 3660 kg, mogły zostać zrzucone poprzez otwarcie utrzymujących je w prowadnicach zamków za pomocą sworzni wybuchowych.

A jak wyglądała balistyka? W przypadku rakiety 21 cm Wgr 42 Spr siły aerodynamiczne wynikłe z prędkości postępowej samolotu w chwili odpalenia, wpływające na stabilizowany obrotowo pocisk odchylały jego trajektorię względem samolotu w zależności od prędkości lotu o ~2-4 stopnie do tyłu i ~10-20 stopni w prawo. Wypadkowa trajektoria, z uwzględnieniem prędkości samolotu w chwili odpalenia, skierowana była zatem w górę pod kątem ~65-75 stopni.

W praktyce ostrzał przeprowadzany miał być przez zespół czterech samolotów lecących 1800-1900 poniżej atakowanej formacji  i 500 m na lewo od niej, z prędkością o 100 km/h większą od celu - co w przypadku He 177 wymagało rozpoczęcia ataku z 1000 m przewyższenia. Czas lotu pocisków, czyli zarazem nastawa czasowa zapalników, wynosiła wtedy niecałe 8 s.

 Co nadmienić wypada, analogiczne uzbrojenie przewidziano i dla samolotów Ju 88, które przenosiły jednak tylko 10 wyrzutni - po 5 w każdej komorze bombowej. Co ciekawe, wg materiałów przekazanych przez Junkersa stronie radzieckiej w 1946 roku, w 1943 dokonano w jednostce przebudowy samolotu Ju 88, wyposażając go w 12 lub 18 wyrzutni skierowanych ukośnie ku przodowi. Co jeszcze bardziej ciekawe, masę pocisku określono tam jako 80 kg, co - o ile jest to faktyczna wartość - sugerowałoby użycie prototypowych rakiet przeciwlotniczych, a nie standardowych 21 cm Wgr 42 Spr.

Jeśli zaś o kwestię liczbę samolotów chodzi, październiku 1944 na stanie wymienionych jest jako przebudowane i gotowe do akcji 8 He 177 oraz 6 Ju 88 G-1. 

I tak to oto ten tajemniczy samolot wyglądał - koncepcja, która, jak wykazały testy balistycznie jako taka całkiem dobrze sprawdzała się w praktyce. 

piątek, 16 kwietnia 2021

Dla mnie bomba - betonowy przypadek szczególny

 czyli

Świat stanął na głowie

Gdy już zda się człekowi naiwnemu, że zaczyna ogarniać rozumem ogólne reguły rządzące formalnymi aspektami niemieckiej techniki wojskowej, dajmy na to choćby znakowaniem niemieckich bomb, a nawet zauważać w nich pewne ogólne niezmienne zasady, zderza się nagle nieszczęśnik z ową duszą germańską - niepokorną, artystyczną, ulotną i frywolną. Na przykład zauważa człowiek nagle i ku swemu zaskoczeniu, że, z powodów znanych najwyraźniej jedynie najbardziej zażartym czytelnikom Mitu dwudziestego wieku, oznaczenia i opisy na betonowych bombach odłamkowych SBe 50, przynajmniej, jak się zdaje w okresie 1939-1940, nanoszone były do góry nogami, dokładnie odwrotnie niż na wszystkich innych bombach - tak, że czytać je należało patrząc od tyłu bomby, a nie, jak normalnie, od przodu.

Znaczy się, na czym? - zapyta zaskoczony czytelnik. - Że na bombach betonowych?! Ano betonowych, wszak były i takie...

Bomby betonowe traktowane były, jak już wspominaliśmy w części pierwszej, jako bomby o działaniu czysto odłamkowym. Charakteryzowały się osobliwą konstrukcją, z grubościennym betonowym korpusem z wtopionymi metalowymi odłamkami. Z racji na taką budowę oraz swój odłamkowy charakter bomby betonowe nie mogły być zrzucane z małej wysokości, co skutkowałoby rozbiciem się bomby przed zadziałaniem zapalnika, ustawianego w takim wypadku ze zwłoką. Można je było natomiast zrzucać z większych wysokości (promień strefy zagrożenia odłamkami SBe 50 wynosił 300 m), także z lotu nurkowego, a zapalnik uderzeniowy (w tym przypadku ElAZ (15), a później ElAZ (55)) - jak to zresztą najlepiej w bombie odłamkowej - nastawiony być musiał na działanie natychmiastowe. 

Doświadczenia pierwszych kampanii wojennych wykazały dobrą skuteczność bomb SBe 50 przeciwko celom żywym i małej odporności celom martwym (np. samolotom czy samochodom) oraz dobre przy tym działanie zapalające - bomba dawała więcej odłamków niż SD 50 (osiągając 1 odłamek na metr kwadratowy w odległości 40 m), acz w miękkim piasku czy śniegu jej działanie było zredukowane. Produkcję bomb betonowych SBe 50 (których powstało w międzyczasie sześć wersji - A I, A II, C I, C II, D i E) zakończono w każdym razie z takich czy innych przyczyn najpóźniej w roku 1942, używając ich do wyczerpania zapasów - czyli w praktyce do samego końca wojny, bo - jak wynika z wykazu stanów amunicji Luftwaffe - jeszcze na przełomie lat 1944/45 SBe 50 używane były na skalę niewiele mnieszą niż SC 50 (też już wówczas nieprodukowana, w przeciwieństwie do SD 70 i SD 50).

Spójrzmy zatem na taki oto konkretny casus 'odwrotnej' bomby SBe 50 - co warto nadmienić, oba pokazane poniżej egzemplarze uwiecznione zostały na jednym zdjęciu pokazującym uzbrajanie He 111. Po raz kolejny widzimy więc, że używane jednocześnie bomby wcale nie musiały prezentować dokładnie tego samego wariantu oznakowania.

Na górze - bomba SBe 50 A I. W oczy od razu rzuca się wyjątkowy kolor, standardowo dla bomb betonowych, jako czysto odłamkowych - jednolicie zielony (podobnież RAL 6028, acz wiedza to nie z oryginalnych źródeł z epoki). No i oznaczenia, patrząc od dzioba - kod materiału wybuchowego 110 (Ammonal D) wysokości ok. 50 mm. Za gniazdem zapalnika - oznaczenie 55 jego typu (ElAZ (55)), acz naprawdę mikroskopijnego rozmiaru - zewnętrzna średnica kółka ma tylko około 38 mm (a, jak pamiętamy, zwykle miała 60 czy ~86 mm). Dalej - oznaczenie typu bomby w postaci skróconej do SBe A I, wysokości ok. 30 mm. Co warto zauważyć, po obu jego naniesione są na bombie jeszcze dodatkowe oznaczenia, niestety póki co nieczytelne z racji na jakość dostępnych zdjęć - od strony ucha nośnego coś dwuznakowego (zapewne LF), zaś od tyłu jakieś kolejne dość rozwlekłe opisy, tutaj w dwóch linijkach, ale zależnie od wersji, czy nawet egzemplarza bomby, ich liczba waha się od jednej do nawet trzech wierszy.

Poniżej - bomba SBe 50 C II w analogicznym schemacie oznakowania, acz bynajmniej nie identycznym. A więc znów, na dziobie kod materiału wybuchowego 110, acz tym razem wyraźnie mniejszy, zda się standardowe 40 mm wysokości, dalej podobnie mikre jak poprzednio oznaczenie 55 zapalnika ElAZ (55), ok. 38 mm średnicy, i wreszcie skrócone oznaczenie typu bomby wysokości ok. 30 mm, ale naniesione tu w dość rozstrzelonej postaci - S B e C II. I ponownie po jego obu stronach - dodatkowe opisy, tu z ledwo jedną dodatkową linijką z tyłu.

Co zaznaczyć trzeba, wg standardów połowy roku 1942 bomby SBe 50 posiadać miały - poza wciąż zielonym kolorem - oznakowanie zupełnie nieodbiegające od znanych nam dobrze reguł - tj. opisy czytane z kierunku dziobu i oznaczenie bomby wysokości 40 mm zlokalizowane tuż za uchem nośnym, acz jeszcze bardziej skróconego zapisu, pozbawione litery C - czyli w postaci, pozostańmy przy naszych dwóch powyższych przykładach, BeA I czy BeC II.

Napomknąć można jeszcze, że zastosowanie amonalu w charakterze materiału wybuchowego, a więc środka jednak dość słabego, miało zapewne na celu zapobieżenie nadmiernemu rozdrobnieniu betonowej skorupy bomby.

Na koniec nie sposób powstrzymać się od obserwacji, że takie akurat opisywanie bomb jak w przypadku SBe 50 skądinąd powinno być raczej regułą, a nie wyjątkiem - skoro bowiem bomby podwieszane pionowo (jak w He 111, Ju 52 czy Ju 86) wisiały dziobem w górę, to wszystkie napisy umieszczone na nich w tradycyjnej orientacji znajdowały się wtedy w pozycji do góry nogami; natomiast w przypadku SBe 50 - w prawidłowym położeniu. Dlaczego więc przy nanoszeniu oznaczeń z uporem uważano, że dołem bomby jest dziób, a nie usterzenie? Znowu ta osobliwa germańska logika, ech...

Powiązane wpisy:

Część 1: Oznaczenia kolorystyczne bomb Luftwaffe.

Część 2: Szczegóły oznaczeń bomb niemieckich.

Część 4: Oznaczenia nanoszone na spodnich stronach bomb.

Niemieckie bomby do zwalczania okrętów podwodnych - budowa i oznakowanie.

poniedziałek, 8 marca 2021

Lilium bulbiferum - historycznie, wojskowo i technicznie

czyli

Lilija w służbie Marsa

W najnowszym numerze 1/2021 poczytnego periodyku Historia Wojsko i Technika ukazał się interesujący artykuł Huberta Michalskiego traktujący o  nader mało znanym i tajemniczym niemieckim pocisku kierowanym lat drugiej wojny światowej - F-25 Feuerlilie, niemiecka rakieta kierowana. Choć tytuł jest cokolwiek, jak się okazuje, mylący, ale to tylko wyszło artykułowi na plus...

Na wstępie przyznać trzeba, że dostępnych materiałów dotyczących przedmiotowej konstrukcji jest jak na lekarstwo, więc stworzenie na ich podstawie sześciostronicowego artykułu jest nie lada wyczynem - tym niemniej przyznać trzeba, że dzieło p. Michalskiego podparte jest dość solidną kwerendą bibliograficzną... No właśnie, tylko gdzie ta bibliografia? Znajdujemy w tekście kilkakrotnie skrócone odwołania bibliograficzne w rodzaju "D. Baker, The Rocket..., ss. 84-85", próżno jednak szukać pełnych danych przywołanej w ten sposób publikacji - oj, zawiodła redakcja, zawiodła... Wykorzystał autor jednak dwa, trzy amerykańskie opracowania wywiadowcze, mające de facto wagę materiałów źródłowych, co pozwala z nadzieją spojrzeć na oczekiwaną jakość artykułu.

Ogółem artykuł ocenić trzeba pozytywnie - przedstawia mało znaną, żeby nie rzec - niszową konstrukcję, której z reguły nie poświęca się za dużo uwagi, omówioną tu w sposób szczegółowy, zilustrowany jest ciekawymi, dobrej jakości zdjęciami. Na szczególną uwagę zasługuje bardzo ciekawy opis struktury ośrodka LFA w Braunschweig-Voelkenrode. Zabrakło może, niestety, jakiegoś rysunku czy planu Feuerlilie, no ale nie jest to największa przywara.

No dobrze, acz zacznę od tego, co mi się jednak nie podoba, choć to może i kwestia gustu - język. Kwestie techniczne opisane są niejednokrotnie w sposób absurdalnie i niepotrzebnie przerysowany, rzec można ostentacyjnie pseudonaukowy czy pseudotechniczny. Np. dowiedzieć się można, że F 25 to "rakieta jednostopniowa w układzie płasko-symetrycznym (w widoku z przodu) o czym świadczy sposób rozmieszczenia powierzchni nośnych oraz klasycznym (w widoku z boku; jest on czasami zwany również układem "samolot-pocisk"), na co wskazuje umieszczenie usterzenia w tylnej części kadłuba, poza głównymi powierzchniami nośnymi i za środkiem masy." (s. 75). Mocne. Aż strach pomyśleć, jak wyglądałby w tym stylu opis choćby trójpłatowego Fokkera Dr. I z silnikiem rotacyjnym. Zastanawiać się można, czy konieczna jest informacja aż tak precyzyjna, że pocisk wyposażony był w skrzydła "których zadanie polegało przede wszystkim na wytwarzaniu siły nośnej równoważącej masę rakiety" (s. 75 - choć, na mój gust, siła nośna równoważy raczej ciężar, a nie masę), barwnym pociągnięciem jest też określenie czasu pracy silnika "czasem trwania reakcji egzoenergetycznej" (s. 75) i sprowadzenie działania układu kierowania do sterowania ruchem środka masy pocisku (s. 74).

Co do kwestii merytorycznych - na podstawie dostępnych materiałów trudno wprawdzie ustalić jednoznacznie parametry techniczne Feuerlilie F 25, podać ich jednak można ze względną dokładnością znacznie więcej, niż znaleźć możemy w artykule (zabrakło choćby, zdawałoby się podstawowej, informacji o prędkości maksymalnej!), a i te nie wydają się zawsze wybranymi najszczęśliwiej, czasem wręcz ewidentnie źle - np. średnica kadłuba przeliczona z cali jako 24 cm, gdy sama nazwa pocisku, jak i dostępne oryginalne rysunki jednoznacznie określają ją jako 25 cm.

W kwestiach co pomniejszych szczegółów merytorycznych - "łezki" na końcach skrzydeł F 25 nie tyle były "rodzajem wzbudzanych elektrycznie cewek, służących do wychylania skrzydłowych lotek" - a raczej tylko osłonami elektromagnesów poruszających te lotki. 

No właśnie - i tu dochodzimy do kwestii układu kierowania F 25, a ta, stwierdzić muszę ze smutkiem, została w artykule dogłębnie położona. Zacznijmy od opisu próbnego startu na s. 74: "Nie jest do końca jasne, co stanowiło cel dla wystrzelonej rakiety, jednakże sądząc po zastosowanym układzie sterującym trudno przyjąć, aby był to na przykład szybko poruszający się statek powietrzny". Co gorsze, na s. 76 przeczytać możemy, że "Rakieta wyposażona była w prosty bezwładnościowy system sterowania, a jej naprowadzanie na cel odbywało się programowo. (...) Rakietę prawdopodobnie celowo wystrzeliwano w kierunku morza lub terenów nizinnych, aby uniknąć potrzeby programowania obszarów (o ile w ogóle w tym uproszczonym systemie było to możliwe), na których występowały przeszkody terenowe, stanowiące dla pocisku podczas lotu obszary wymagające ominięcia". Dalej następuje jeszcze opis systemu sterowania porównującego rzeczywiste parametry lotu z założonymi i przygotowującego wspomniany cokolwiek powyżej "zestaw sygnałów sterujących ruchem środka masy pocisku" [sic!]. Kurtyna. 

A zatem po kolei... Co było celem wystrzeliwanych rakiet? Jest to akurat całkowicie jasne - NIC. Bo w nic nie miały one trafiać. Jak na wstępie i stwierdza autor, Feuerlilie służyły do podstawowych testów aerodynamicznych - lotu z wysokimi prędkościami. System sterowania precyzyjnie opisany jest w dwóch z opracowań, na które autor się powołuje, co, niestety, nijak nie znalazło odbicia w artykule. Nie był to żaden system bezwładnościowy, programowy, programowany, czy inny niemal komputer, na żyroskopowo stabilizowanej podstawie (s. 76) jak można odnieść wrażenie - strach się jeszcze bać jaki, czytając cuda na jego temat napisane. Feuerlilie F 25 wyposażona była w jeden jedyny żyroskop za pomocą elektromagnesów zerojedynkowo wychylający lotki, ergo stabilizujący pocisk w przechyleniu. Koniec. Steru kierunku nie było, ster wysokości, zgodnie z opisem, ustawiany był śrubą na sztywno przed lotem, a zatem był to raczej trymer. Humorystycznym nieco wydaje się też przytoczony powyżej ustęp o ewentualnej konieczności omijania przeszkód terenowych, biorąc pod uwagę, że - jak autor sam pisze na s. 75 - wyrzutni F 25 nadawano kąt podniesienia 60-80 stopni, pocisk w pochyleniu kierowany nie był, a i u podnóża północnej ściany Eigeru raczej nie strzelano. Pocisk wystrzeliwano zatem w górę z wyrzutni i leciał on po linii prostej, stabilizowany przez najzwyklejszy żyroskop jedynie w przechyleniu, a trajektoria jego lotu rejestrowana była przez trzy kineoteodolity, co pozwalało na jej dokładne określenie i wyliczenie choćby współczynników oporu aerodynamicznego. I tyle. Na marginesie - Walter Wernitz, na relację którego powołuje się autor na s. 74, wyraźnie pisze właśnie o trzech kineoteodolitach - a nie o jednym, jak możemy przeczytać w artykule.

I stąd nie złożone wymagania co do układu kierowania, których nie udało się rozwiązać (s. 76)  były przyczyną przerwania prac nad F 25 - bo tych wymagań praktycznie nie było żadnych. Niesatysfakcjonujące były natomiast osiągi pocisku - co zgodnie stwierdzają chyba niemal wszystkie omawiające F 25 opracowania. Ja rozumiem, że Niemcom zdarzały się mniej lub bardziej szalone pomysły, ale zbudowanie pocisku ziemia-powietrze kierowanego wg ustalonego programu naprawdę dalece wykraczało nawet poza ich inwencję w tej materii, stąd też zupełnie nieuprawnionym wydaje się stwierdzenie, jakoby doświadczenia z Feuerlilie przyczyniły się do odejścia od systemów kierowania programowego na rzecz radiowych czy radarowych sygnałów kierujących (s. 77). Zabrakło z kolei w artykule jakiegokolwiek odniesienia się do wzmianek o zdalnie sterowanych wersjach pocisku pojawiających się w literaturze - prawdziwe one, czy nie, nie nam rozsądzać.

Trudno zgodzić się z informacją podaną na s. 75, jakoby F 25 wystrzeliwana była "ze zmodyfikowanego łoża armaty przeciwlotniczej 8,8 cm Flak, wyposażonego w długą stalową prowadnicę ustawianą na czas startu pod kątami od 10 do 30 stopni (licząc od pionu)". Na dostępnych filmach przedstawiających starty F 25 widać wyrzutnię wprawdzie nader fragmentarycznie, jest to jednak konstrukcja znacznie bardziej masywna i rozbudowana, raczej samodzielna niż ustawiona na łożu armaty przeciwlotniczej - zupełnie w każdym razie inna niż ta znana ze zdjęć Feuerlilie F 55 czy Enziana.

Niestety, zakwestionować trzeba także podane parametry silnika RI 502 przytoczone machinalnie za amerykańskim raportem, bez odniesienia do innych dostępnych danych. Pomińmy już kwestię wymiarów, nawet pomińmy te inne dane, ale przecież na pierwszy rzut oka widać, że silnik na paliwo stałe wytwarzający ciąg 500 kG w czasie 6 s, ergo impuls całkowity 3000 kG s, fizycznie nie może ważyć 17,5 kg (i w praktyce ważył prawie trzy razy więcej). No chyba, że założymy, że to masa pustego silnika, do której dołożyć trzeba 16,8 kg paliwa (s. 76), to już będzie nieco lepiej, ale nadal sporo za mało... 

Na końcu artykułu znaleźć możemy dodatkowy rozdział poświęcony pociskowi Feuerlilie F 55, co niewątpliwie stanowi jego dużą zaletę, wpływając na kompletność omówienia zagadnienia - z racji na skąpość dostępnych danych w zasadzie w sporym stopniu wyczerpujący jego temat, przynajmniej w części historycznej, dlatego też mylącym jest nieco tytuł artykułu pozwalający oczekiwać opracowania traktującego jedynie o F 25.

Nieco dziwić może tu jednak w przypadku F 55 cokolwiek arbitralne przyjmowanie przez autora niektórych informacji za pewniki - np. w kwestii liczby zamówionych F 55, w sytuacji, gdy wykorzystywane przez niego publikacje wykazują tu rozbieżności, na co w kilku innych miejscach zwracał on uwagę - no, ale powiedzmy, niech będzie. Zdecydowanie natomiast zakwestionować trzeba dane techniczne F 55 przytoczone w tabeli na s. 77 - choćby dlatego, że wersja F 55 napędzana czterema silnikami rakietowymi (określonymi asekuracyjnie jako "RI 503?") miała one silniki na stały, a nie ciekły, jak podano, materiał pędny, no i nie mieściły one łącznie w żadnym razie 150 kg paliwa. Zresztą jak i w przypadku F 55, jak i F 25, kwestia silników nie jest w artykule dostatecznie dokładnie, czy wręcz w ogóle, omówiona. 

W kwestiach geograficznych - wyspa, na której przeprowadzano próbne starty F 55 nazywa się Greifswalder Oie, a nie Greifswalder, jak konsekwentnie pisane jest na stronach 76-77. Ja rozumiem, że Oie to de facto znaczy "wyspa", ale nawet sami Niemcy piszą o niej per Insel Greifswalder Oie. Zatem i bardziej konsekwentnym tłumaczeniem byłoby, jeśli już je koniecznie forsować, "Wyspa Greifswaldzka" niż "wyspa Greifswalder" - bo to dokładnie znaczy Greifswalder Oie, jako że nazwa ta pochodzi od nieodległego miasta Greifswald. Także ośrodek w Łebie, w którym testowano F 25 nie był ośrodkiem Luftwaffe (s. 74), a firmową placówką Rheinmetalla.

I kwestia zupełnie już przyczynkowa - niezupełnie dla mnie oczywiste jest automatyczne tłumaczenie słowa Feuerlilie jako "ognista lilia", no ale to tak na marginesie i w sumie mniejsza z tym.

Na koniec - biorąc pod uwagę, że Hubert Michalski jest także autorem kilku monograficznych artykułów poświęconych niemieckim armatom przeciwlotniczym, w tym 8,8 cm Flak, bardzo zaskakuje błędna identyfikacja wyrzutni pocisku Enzian pokazanej na zdjęciu na s. 77, która, w przeciwieństwie do treści podpisu, w najmniejszym stopniu nie została zbudowana w oparciu o łoże armaty kalibru 8,8 cm.

A propos, czy dowiemy się jeszcze może z artykułu, że egzemplarze zarówno F 25, jak i F 55, zachowane są po dziś dzień w muzeum w Cosford? No właśnie...

Pomimo tych wszystkich niedociągnięć, artykuł ocenić należy, na tle krajowego piśmiennictwa wunderwaffowskiego, względnie wysoko - tak z racji na poruszenie ciekawego, niszowego tematu, jak i na jego ukazanie w szerszym aspekcie, prezentującym szereg unikalnych informacji. Zabrakło może jedynie starannej analizy dostępnych w wykorzystanych źródłach informacji, a może i oparcia się na nieco szerszej podbudowie bibliograficznej. Tym niemniej jest to bez wątpienia pozycja na tym polu wartościowa.

piątek, 6 listopada 2020

Oznaczenia kolorystyczne amunicji ciężkiego Flaku

 czyli

Wszystkie kolory tęczy

Jednym z chyba niezbyt znanych pośród hobbystów i modelarzy aspektów techniki wojskowej jest kolorystyka amunicji, która - jak już pokazaliśmy na przykładzie niemieckich bomb lotniczych - może być tematem tyleż zajmującym, co skomplikowanym, a także wcale ujmującym ze strony czysto estetycznej.

Pozostając przy sprzęcie niemieckim, naboje artyleryjskie wyglądać też bowiem mogą bardzo kolorowo - jak chociażby pokazuje poniższe przykładowe zestawienie naboi do armaty przeciwlotniczej kalibru 8,8 cm. System tych oznaczeń barwnych odpowiadał jednoznacznie typowi pocisku, umożliwiając jego szybką identyfikację, według prostego klucza, którego znajomość istotną jest choćby dla prawidłowego oddania barwy amunicji w modelu.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej kolorystyce pocisków bojowych ciężkiej lądowej artylerii przeciwlotniczej, na przykładzie amunicji do wspomnianej najpopularniejszej armaty 8,8 cm Flak L/56, przy okazji przemycając też trochę ciekawostek technicznych czy historycznych. Na rysunkach poniżej przedstawione zostały wprawdzie same pociski, acz musimy tu pamiętać, że armaty te strzelały amunicją scaloną, wobec czego w naturze takie luźne pociski nie występowały. Kwestia nanoszonych na skorupach oznaczeń czy innych opisów pocisków to już osobny temat...

Pociski na rysunkach, obok właściwej nazwy, podaną mają też nazwę zastosowanego w nich zapalnika.

Wprzódy zatem malowanie amunicji podstawowej, odłamkowo-burzącej. To było, niestety, banalne - pociski malowane były całkowicie na żółto. Na powyższym rysunku widzimy po lewej typowy pocisk 8,8 cm Sprgr L/4,5 (Kz) od naboju 8,8 cm Sprgr.Patr. L/4,5 (Kz), czyli, rozszyfrujmy ten skrót, granat o długości 4,5 kalibra z zapalnikiem głowicowym. Zapalnik - tutaj mechaniczny czasowy Zt.Z. S/30, używany standardowo do strzelań przeciwlotniczych (do strzelań naziemnych stosowano uderzeniowy AZ 23/28), pozostawiony jest w kolorze naturalnego metalu (a więc stali względnie aluminium, zależnie od odmiany), podobnie pierścienie wiodące, natomiast tylna część pocisku, normalnie schowana w łusce, pokryta jest ochronnym czarnym lakierem asfaltowym. Identyczne żółte malowanie posiadały, skądinąd, pociski ćwiczebne, odróżniając się od bojowych jedynie białym napisem ÜbW lub ÜbR (zależnie od wersji pocisku) wysokości 60 mm naniesionym na cylindrycznej części skorupy.

Obok, w charakterze niejakiej ciekawostki technicznej, pocisk w odmianie gerillt - prefragmentowanej, w której dzięki wprowadzeniu zewnętrznych nacięć skorupy - 15 wzdłużnych i jednego pierścieniowego - spodziewano się uzyskać większe odłamki, o większym promieniu rażenia. Tym niemniej pocisk nie wyróżniał się się w żaden sposób malowaniem - żółty korpus z metalicznym zapalnikiem i pierścieniami wiodącymi.

Wreszcie, dwie kolejne sylwetki przedstawiają odmiany nieco bardziej egzotyczne - z zapalnikami podwójnego działania, czasowo-uderzeniowymi, stosowanymi próbnie na ograniczoną skalę od przełomu lat 1944/45 - tutaj E.Dopp.Z. S/30 Fg oraz Zt.Z. S/30 CC. Teoretykom obrony przeciwlotniczej wyszło bowiem z czasem, że paradoksalnie większe prawdopodobieństwo zestrzelenia daje prowadzenie ognia przeciwlotniczego z zapalnikami uderzeniowymi, a nie - jak dotąd przyjęto - czasowymi, co zresztą zdawały się w całej rozciągłości potwierdzać prowadzone z początku na ograniczoną skalę próby bojowe. Standardowe zapalniki czasowe ciężkiej artylerii przeciwlotniczej, rodziny ZtZ. S/30, nie posiadały jednak żadnego działania uderzeniowego i konieczna była wobec tego ich modyfikacja. Zapalniki pokazane na rysunku pochodzić mogły zarówno z bieżącej produkcji, jak i modyfikacji już posiadanych zapalników, poprzez montaż w ich wierzchołku dodatkowego modułu uderzeniowego. Wielkoskalowe próby bojowe nastąpić miały w kwietniu 1945 roku. Jak się wydaje, i jak ukazałem na rysunku, zapalnik z modułem CC produkcji firmy Skoda wyróżniony był tu malowaniem wierzchołka na czerwono. Czy konkurencyjny zapalnik E.Dopp.Z. S/30 Fg konstrukcji Junghansa też posiadał takie malowanie - pojęcia nie mam, na żadnym ze znanych mi egzemplarzy śladów nijakich nie było. Sam pocisk posiada w każdym razie najzwyklejsze żółte malowanie.

Teraz z kolei, dla rozrywki, nieco tyleż barwnej co konstrukcyjnej egzotyki.

Po lewej pocisk odłamkowo-zapalający 8,8 cm Br.Sprgr. Flak z zapalnikiem Zt.Z. S/30. Pocisk taki posiadał osobliwą budowę, z umieszczonym osiowo ładunkiem wybuchowym otoczonym przez 5 lub 6 umieszczonych wewnątrz skorupy prefragmentowanych stalowych pierścieni, dzielących się przy wybuchu pocisku na odpowiednio 10 lub 8 lotek (a więc łącznie 50 lub 48), każda z wydrążeniem wypełnionym termitem. Malowanie skorupy odzwierciedla działanie pocisku, przód do zgrubienia środkującego włącznie żółty - granat, tył niebieski - pocisk zapalający. Zapalnik i pierścienie wiodące, tradycyjnie, w kolorze metalu. Zaznaczyć jednak trzeba, że pociski te nie były używane bojowo.

Pokazany obok szrapnel zapalający 8,8 cm Br.Schrgr. Flak miał więcej szczęścia i do służby trafił - alianci po raz pierwszy odnotowali jego użycie w marcu 1944 roku. Pocisk ten był w założeniach konstrukcyjnych tradycyjnym szrapnelem - posiadał głowicowy zapalnik czasowy, a skorupę wypełniały w czterech warstwach 72 lotki zapalające (każda z zapalnikiem uderzeniowym lub hydrodynamicznym, zależnie od odmiany), wyrzucane przez umieszczony w dennej części pocisku ładunek prochowy z wyrzutnikiem. Niejaką osobliwością było w tym przypadku - z racji na przeciwlotniczy charakter pocisku - zastosowanie dodatkowego ładunku samozniszczeniowego umieszczonego osiowo w stalowej rurze, mającego rozerwać skorupę po wyrzuceniu lotek - ale z racji na trudności zaopatrzeniowe czy produkcyjne nie był on zawsze stosowany. No, ale wróćmy do malowania przecież! Tu mamy zatem również dokładne odzwierciedlenie funkcji pocisku: przód czerwony - szrapnel, tył niebieski - zapalający. Pierścienie wiodące w kolorze metalu, a zapalnik - tu niespodzianka - wprawdzie w kolorze metalu, ale z zielonym wierzchołkiem! Z racji na szrapnelowy charakter pocisku, który, wyrzucając lotki do przodu, zadziałać powinien przed doleceniem do celu, wyposażony był on w specjalną odmianę zapalnika czasowego - Zt.Z. S/30 kurz, która charakteryzowała się czasem działania krótszym o około sekundę od wprowadzonej nastawy. Gwarantowało to wyrzucenie lotek przed celem, bez potrzeby wprowadzania korekt w nastawie zapalnika przekazanej z przyrządu centralnego baterii, a zapalnik - oprócz odpowiednich bić - wyróżniony był wyraźnie właśnie zielonym wierzchołkiem.

Amunicja przeciwpancerna kinetyczna malowana była równie banalnie co odłamkowo-burząca, tym razem na czarno, z pozostawieniem pierścieni wiodących w kolorze metalu. Zapalniki denne i smugacze, na szczęście dla na, pozostawały niewidoczne z zewnątrz. A więc, na rysunek patrząc - od lewej pokazany jest najbardziej banalny pocisk 8,8 cm Pzgr. z naboju 8,8 cm Pzgr.Patr. m. Bd.Z. - cały czarny.

Obok niego udoskonalona wersja o zwiększonej przebijalności 8,8 cm Pzgr. 39 (nabój 8,8 cm Pzgr.Patr. 39), posiadająca grubsze ściany korpusu, zmniejszony ładunek wybuchowy i zapalnik Bd.Z. 5127 zamiast Bd.Z. f.. 8,8 cm Pzgr. Z zewnątrz wyróżniona była wyraźnie białym wierzchołkiem czepca balistycznego.

Trzecia sylwetka ukazuje pocisk wersji 8,8 cm Pzgr. 39-1, czyli odmianę poprzedniego o przebijalności zwiększonej dzięki zastosowaniu lepszej jakości stali, wyróżnioną podobnie białym wierzchołkiem, ale tym razem z dodaniem poniżej niego białej cyfry 1.

I wreszcie na końcu przeciwpancerny pocisk podkalibrowy z rdzeniem wolframowym 8,8 cm Pzgr. 40 (nabój 8,8 cm Pzgr.Patr. 40) - tym razem znów trywialnie całkowicie czarny. Podobnie, jak i pozostałe pepance, posiadał on i smugacz, ale tu niewidoczny, ukryty wewnątrz zagłębionej części dennej.

Teraz jeszcze konstrukcje nieco mniej popularne.

Po lewej i w środku - dwa pociski 8,8 cm Gr 39 HL z naboju 8,8 cm Gr.Patr. 38 HL, czyli przeciwpancerne granaty kumulacyjne, malowane jednolicie na kolor feldgrau, z pierścieniami wiodącymi i zapalnikami w naturalnym kolorze metalu. Różnią się od siebie tylko wersją zastosowanego zapalnika uderzeniowego - po lewej AZ 38 St o korpusie stalowym (z charakterystycznym dzióbkiem kryjącym popychacz iglicy) i pośrodku AZ 38 o korpusie z metalu lekkiego. Co warto zauważyć, jak przystało na pociski przeciwpancerne, posiadają one smugacze.

No i wreszcie sylwetka po prawej stronie, nijak nieprzystająca przeznaczeniem do kolegów, ale dołożyłem ją do tego rysunku, aby samotnie nie było jej smutno - pocisk oświetlający 8,8 cm Ltgr. L/4,4 z naboju 8,8 cm Ltgr.Patr. Flak L/4,4, czyli po prostu zapożyczony z arsenału marynarki morski pocisk oświetlający 8,8 cm Lg L/4,4. Pocisk, wyposażony w morski zapalnik czasowy Zt.Z. S/60 (Marineform), w Kriegsmarine znany jako Zt.Z. S/60 n A, malowany jest tym razem jednolicie na kolor zielony; czarny pasek na skorupie u podstawy zapalnika właściwy był pociskom morskim - i tego akurat szczegółu nie jestem pewien w wersji lądowej, więc możliwe, że go i nie było.

Warto na koniec dodać, że identyczna kolorystyka pocisków stosowana była w siostrzanej amunicji do armaty czołgowej 8,8 cm Kw.K.36 czołgu Tiger, gdzie stosowano z powyższego repertuaru naboje odłamkowo-burzące, przeciwpancerne kinetyczne i kumulacyjne. Różnica sprowadzała się do zastosowania w amunicji czołgowej zapłonników elektrycznych w miejsce mechanicznych i zapalników podwójnego działania Dopp.Z. S/60 zamiast czasowych Zt.Z. S/30.

I niech teraz ktoś powie, że w wojsku jest szaro i buro.

sobota, 24 listopada 2018

Superkrowa

czyli

Rakiety w Warszawie

W popularnym periodyku Technika Wojskowa Historia nr 6/2018 ukazał się właśnie artykuł Norberta Bączyka „Superkrowa” w Warszawie. Artykuł, nie bójmy się użyć tego słowa, ważny i światowym piśmiennictwie przełomowy, a traktujący o użyciu bojowym jednego z najbardziej tajemniczych niemieckich pocisków rakietowych drugiej wojny światowej – 35 cm Wurfkörper Spreng. Broń ta doczekała się w literaturze, póki co, jedynie kilku mniej lub bardziej zdawkowych wzmianek – niewiele rzucających światła na jej losy.
Praca Norberta Bączyka jest pod względem warsztatowym bez dwóch zdań znakomita, ukazująca użycie niemieckich ciężkich wyrzutni rakietowych w Powstaniu Warszawskim (a i później) szczegółowo, dogłębnie, w oparciu o oryginalne dokumenty, łącznie z oceną nowego uzbrojenia, przedstawiająca informacje unikatowe, w szerokim kontekście, a i zilustrowana relacjami wspomnieniowymi ze strony polskiej.
No dobrze, ale teraz pora na łyżkę dziegciu – tym bardziej gorzką, że znakomita podbudowa archiwalna pracy pozwala czytelnikowi myśleć, że wszelakie podane w niej informacje pochodzą ze źródeł pierwotnych i jako takie są, żeby tak rzec, bezdyskusyjne. Niestety – trudno oprzeć się wrażeniu, że autor, pomimo całego swego zaangażowania i mnóstwa włożonej w artykuł rzetelnej pracy, cokolwiek słabo orientuje się w niemieckim uzbrojeniu (przynajmniej rakietowym) i jego nazewnictwie, niejednokrotnie wprowadzając czytelnika na minę dezinformacji… Przyjrzyjmy się więc artykułowi pod tym względem nieco bliżej.
Na pierwszy, i w zasadzie najcięższy błąd, powielany wciąż i wciąż w artykule, trafiamy już na pierwszej jego stronie (s. 24):

Ten niewielki pododdział dysponował (…) prostymi stelażowymi wyrzutniami stalowymi, na których umieszczano po cztery drewniane lub stalowe skrzynie – schweres Wurfgerät 40 bądź schweres Wurfgerät 41 – z gotowymi do odpalenia, zapakowanymi wewnątrz pociskami (…).

Z kolei na sr. 26 podpis pod zdjęciem głosi:

28 cm Wurfkörper Spreng zapakowany w metalowy pojemnik schweres Wurfgerät 41. (…)

I na stronie następnej znów mamy w podpisach do zdjęć:

Żołnierze (…) przygotowują (…) do odpalenia pojemniki schweres Wurfgerät 41. Wyrzutnia-stelaż, na której kładziono najczęściej po cztery pojemniki, nie miała żadnych przyrządów celowniczych.

…gdzie widzimy pojemniki stalowe, zaś na zdjęciu dolnym, gdzie z kolei uwieczniono skrzynki drewniane:

Sd.Kfz. 251 Ausf. C (…) odpala salwę pocisków 28 cm Wurfkörper Spreng z ram startowych 28/32 cm schwerer Wurfrahmen 40 [sic, por. niżej – przyp G.], na których osadzono pojemniki schweres Wurfgerät 40.

Wynikałoby z tego, że wg autora skrzynki vel pojemniki, w które pakowano pociski 28/32 cm Wk nazywały się w wersji drewnianej schweres Wurfgerät 40, a w wersji stalowej – schweres Wurfgerät 41… Otóż – zupełnie nie. Nazwą schweres Wurfgerät określano bowiem nie skrzynki, ale te anonimowe w artykule czteropociskowe „wyrzutnie-stelaże” – w wersji drewnianej schweres Wurfgerät 40, w wersji stalowej (pokazanej na zdjęciach) – schweres Wurfgerät 41. Same skrzynki drewniane nosiły natomiast nazwę Packkiste, w zależności od kalibru pocisku 28 cm Packkiste (czy Packkiste 28, skracane jako PK 28) lub 32 cm Packkiste (Packkiste 32, czyli PK 32), zaś w wydaniu stalowym zwane były po prostu jako Packkiste (Stahl).

 
Nie jest także prawdą, że pociski zapakowane w skrzynki były gotowe do odpalenia – nie posiadały bowiem zapalników i detonatorów, które montowano dopiero po ułożeniu skrzynek na wyrzutni – co widać choćby na zdjęciach na str. 26 i 27.
Na kolejny błąd natrafiamy w podpisie górnego zdjęcia na s. 26, prezentującego muzealną kolekcję niemieckich rakiet artyleryjskich:

Z lewej pociski kal. 30 cm i 28 cm.

Pocisk pierwszy od lewej to bowiem 32 cm Wk Fl, a drugi od lewej – 30 cm Wk 42 Spr.
Na tejże samej stronie, oraz w tekście i podpisie do zdjęcia na s. 27 i s. 33 natrafiamy na oznaczenie sześciopociskowej wyrzutni montowanej na transporterach Sd.Kfz. 251 jako 28/32 cm schwerer Wurfrahmen 40 – przerośnięte, jeśli już, bo faktycznie wyrzutnia ta nazywała się po prostu schwerer Wurfrahmen 40, bez określenia kalibru.
Na s. 28 w opisie wyrzutni 30 cm Raketenwerfer 56 pada z kolei niefortunne po dwakroć zdanie:

Wyrzutnia ta osadzona była na lawecie armaty przeciwpancernej 5 cm Pak (znana szerzej jako Pak 38, ale nie była to jej oficjalna nazwa).

Po pierwsze bowiem, skoro już nazewnictwa dotknęliśmy, to o ile w przypadku niemieckiej armaty przeciwpancernej 3,7 cm jej faktyczna nazwa rzeczywiście brzmiała 3,7 cm Pak (a nie żadne pokutujące we współczesnej literaturze 3,7 cm Pak 35, 3,7 cm Pak 36, czy inne 3,7 cm Pak 35/36), to, w świetle dokumentów i instrukcji z epoki, armata kalibru 5 cm nazywała się oficjalnie właśnie 5 cm Pak 38. Ba, a i nawet spotkać wobec niej można oznaczenie li tylko Pak 38, bez kalibru.

 
Po drugie, wbrew obiegowym informacjom, 30 cm Raketenwerfer 56 nie został postawiony na łożu tejże armaty 5 cm Pak 38 – wykorzystano co najwyżej jakieś jego podzespoły, koła, ogony, może elementy zawieszenia, nie wiem, nie zgłębiałem tego w szczegółach. Natomiast konstrukcja samego łoża jest diametralnie odmienna. W armacie naprowadzanie odbywało się tradycyjnie, w  kierunku poprzez obrót łoża górnego względem dolnego, w podniesieniu – poprzez obrót kołyski względem łoża górnego. W wyrzutni zaś na łożu dolnym osadzona jest od razu kołyska, bez możliwości naprowadzania w kierunku, to bowiem odbywa się przez obrót bloku prowadnic względem kołyski - zupełnie inne były i  śrubowe mechanizmy naprowadzania.
Na swego rodzaju pocieszną informację trafić można w opisie danych technicznych wyrzutni Schiesskarren 35 cm na stronie 28:

zakres kąta elewacji (podniesienia) uzbrojenia: od +18o do +80o.

Zakres  ten wynosił bowiem od +180 do +800 tysięcznych, czyli od +10o do +45o. Jeden stopień to naprawdę nie jest 10 tysięcznych.
Błędna jest także nazwa uzbrojonego w miotacze ognia transportera na dolnym zdjęciu na stronie 28 – nie jest to bowiem Sd.Kfz. 251 Ausf. 16, ale Sd.Kfz. 251/16 Ausf. D. Zapewne literówka, ale korekta tego nie wyłapała…

Wszystkie te, drobne w sumie, potknięcia nie umniejszają w niczym wielkiej wartości artykułu Norberta Bączyka. Aż chciałoby się więcej takich!