piątek, 31 lipca 2026

Ukryte kły Nattera

 czyli

Bezzębna żmija

Miłośnikom lotnictwa drugiej wojny światowej, czy też osobliwie fanom wszelakich wunderwaffen, nieobcy jest niechybnie niemiecki bezlotniskowy rakietowy myśliwiec pionowego startu Bachem Ba 349 Natter. Broń w swej koncepcji tyleż pomysłowa, co kontrowersyjna, ale my nie zajmujmy się już nawet wszelakimi jej osobliwościami, skupiając się tylko cokolwiek bliżej i wybiórczo na kwestii uzbrojenia. 

Budowane wreszcie w końcu wojny w niewielkiej serii Nattery wyposażone były ostatecznie w dziobową wyrzutnię 24 rakiet 7,3 cm R. Sprgr., znanych nam skądinąd z przeciwlotniczej wyrzutni salwowej Föhn (acz, co przy okazji trzeba nadmienić, nazwa Föhn dotyczyła tu tylko jednego rodzaju wyrzutni, a nie rakiety jako takiej, a rakieta sama w sobie nie posiadała, poza wspomnianym literowo-cyfrowym oznaczeniem, żadnego kryptonimu).  

Zatem, na publikowanych od czasów niepamiętnych wizerunkach przedstawiających wyobrażenia bojowo używanych Natterów, podziwiać możemy ich  dziobowe wyrzutnie zdobne groźnie sterczącymi głowicami dwudziestu czterech pocisków rakietowych, sugestywnie pokazującymi zabójczą siłę tego myśliwca. 

 Ba, nawet prezentowany po wojnie w USA jeden ze zdobycznych Natterów uzbrojony został w równie bojowo sterczące rakiety, utrwalając - a może, biorąc pod uwagę, okres tej prezentacji - wręcz tworząc ten znany nam dziś bezrefleksyjnie groźny wizerunek rakietowego myśliwca.

 
 
Na czem zatem polega problem - jak czujnie zapyta czytelnik, wietrząc słusznie podstęp? Skoro jest tak pięknie?
Ano na tym, że Natter nie wyglądałby w naturze tak bojowo, prezentując światu swe uzbrojenie.
 
Aby dogłębnie wyjaśnić tę kwestię, przyjrzyjmy się zatem bliżej budowie natterowskiej wyrzutni.
Składała się ona z 24 prowadnic, wykonanych z blachy. Każda z nich miała postać sześciokątnej rury o długości 550 mm, wewnątrz której umieszczone były w narożnikach trzy mniej więcej kwadratowego przekroju listwy prowadzące pocisk. Ścianki pomiędzy listwami były na środkowym odcinku wycięte, z pozostawieniem pełnych odcinków długości po 100 mm na obu końcach, nadając przez to prowadnicy ażurową prezencję.
Z racji na konstrukcję wyrzutni, czy też całego dziobu, pociski ładowane były do prowadnic od przodu i aby zapewnić ich prawidłową pozycję (a nawet prawidłowe pozycjonowanie, jak byśmy to dziś powiedzieli) na tylnym końcu jednej z trzech listw znajdowała się blaszana opora, zapobiegająca wypadnięciu pocisku do tyłu, a przed nią równie blaszany sprężysty zatrzask, zaczepiający o przednią krawędź tylnego dna komory spalania (lubo turbinę, jak zwali to Niemcy) i utrzymujący rakietę na miejscu.

 Długi na 277 mm pocisk (262 mm licząc bez zapalnika) znajdował się zatem po załadowaniu głęboko na tylnym końcu liczącej 550 mm prowadnicy, mając jej przed sobą jeszcze - lekko - jakieś 275 mm, jak zobaczyć możemy na rysunku powyżej. 

No właśnie. Więc ani głowice pocisków nie wystawałyby tak bojowo z dzioba Nattera, jak to każe nam wierzyć ikonografia - ani też w ogóle same rakiety załadowane do wyrzutni nie byłyby w ogóle specjalnie widoczne z zewnątrz. Oczywiście nie miałoby to najmniejszego wpływu na bojową (nie)skuteczność Nattera - no ale wizualnie jednak by stracił na atrakcyjności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz