środa, 1 kwietnia 2026

Granatem w samolot - Störkörper pod lupą

 czyli

Nie takie znowu heheszki.

Niemal już 10 lat temu pochyliliśmy się nad intrygującym tematem granatów lotniczych - czy to w postaci niemieckiego Störkörpera, czy to radzieckiego AG-2.

Nie wszystko było wówczas jasne czy jednoznaczne, szczęściem po czasie tak długim nieco informacji można jeszcze uzupełnić.

Jedną z - nie ukrywajmy gorzkiej prawdy - ironicznych sugestii tamtego tekstu było, że - z racji na mikre wymiary głowicy niemieckiego SK - może elaborowano go prochem czarnym dla lepszego efektu wizualnego wybuchu.  No, okazuje się, że jednak nie - i Niemcy postawili tu jednak na efektywność, a nie efektowność. Głowice SK napełniane były bowiem pierwotnie flegmatyzowanym pentrytem (o masie 28 g), jednak we wrześniu 1940 roku zmieniono materiał wybuchowy na trotyl, znacznie mniej wrażliwy na ostrzał. Stwierdzono bowiem, po próbnych ostrzeliwaniach wyrzutników niemiecką amunicją 7,9 mm i brytyjską 7,7 mm, że przy SK elaborowanych pentrytem 12% trafień w wyrzutnik powodowało wybuch granatu, przy czym w przypadku 90% wybuchów nastąpiła także detonacja jednego lub więcej sąsiednich granatów. Jednostki zobowiązane były do zwrócenia posiadanych starych granatów do jednej z Mun, która wymieniała je na taką samą liczbę Störkörperów napełnionych trotylem. 

Co warto nadmienić - i co podejrzewaliśmy już w poprzednim wpisie - w przeciwieństwie do radzieckiego AG-2, który przy czasie działania zapalnika sięgającym 3,2-4 s opadał po zrzucie aż 40-55 m, Störkörper - lżejszy, posiadający większy spadochron (zapewne też szybciej się otwierający, jak można sądzić z budowy granatów) i krócej działający zapalnik - wybuchał rzeczywiście znacznie wyżej; jak wykazały prowadzone w początku 1940 roku testy, przy rzeczywistym czasie działania zapalnika wynoszącym 2,3-2,9 s granat niemiecki tracił zaledwie 3-7 m wysokości, zaś odchylenie boczne przy poprzecznym wietrze 1,5 m/s mieściło się w zakresie 1-2,5 m.

I wobec tego jeszcze podkreślić trzeba, Störkörper - prace nad którym zaczęto już w połowie l. 30. - pomyślany był w założeniu jako uzbrojenie samolotów bombowych i rozpoznawczych, do obrony martwych pól ostrzału tylnych strzelców za usterzeniem czy kadłubem. Jak zresztą stwierdzono w styczniu 1940 roku na podstawie prowadzonych testów, ich wyniki przeszły oczekiwania - zagrożenie dla myśliwca znajdującego się w tej strefie stanowiły nie tylko granaty ze spadochronami, wybuchające po 1 czy 2 s, ale także cztery elementy rozpadających się po wyrzucie obudów granatów, uznano zatem, że Störkörper całkowicie spełnia swoje zadanie - wywierając jednak działanie w większym stopniu moralne niż niszczące, zgodnie zresztą ze swoją nazwą. Stąd uzbrojenie samolotów w granaty traktowano jako pilne i widać, że pokładano wówczas w tej broni naprawdę duże nadzieje, w początku 1940 planując wyposażenie w nią docelowo wszystkich samolotów bombowych i rozpoznawczych, co skutkowało planami dostaw sięgającymi aż do grudnia, acz - co wytknęła E-Stelle Tarnewitz, której przekazano wówczas z Rechlina zadanie dopracowania Störkörpera - nie brano przy tym najwyraźniej w wystarczającym stopniu pod uwagę, że broń ta będzie skuteczna tylko przez jakiś czas, aż przeciwnik zda sobie sprawę z jej ograniczonego oddziaływania.

No a jak wyglądał on niesławny wyrzutnik SKAV, o którym wspominaliśmy i którego nazwę rozwinąć wypada jako Störkörperausbringvorrichtung? Ano tak, jak zobaczyć możemy na poniższym zdjęciu He 111 ze SKAV 25/106 (zapisywanym też oficjalnie jako SKAV 25-106), uwiecznionego w roku 1940. 

Budowa tego wyrzutnika, stosowanego na He 111, dość była prosta - miał postać okrągłego magazynka rurowego wypełnionego granatami, wystającego do tyłu z kadłuba samolotu i zakończonego ostrołukową owiewką. Na dole rury umieszczony był łańcuch z zaczepami, przesuwający granaty ku tyłowi i wypychający je z magazynka przez otwór w owiewce. Łańcuch poruszany był po prostu ręcznie za pomocą cięgien - każde pociągnięcie za dźwignię na stanowisku strzeleckim B (tylne górne) wyrzucało jeden granat. Sama owiewka była zamocowana zawiasowo i otwierana na bok w celu naładowania wyrzutnika. Całość miała długość 190 cm, ważyła 41 kg na pusto i 54 kg załadowana 25 granatami SK 106. Co ciekawe, w przeciwieństwie do pozostałych wersji wyrzutnika, SKAV 25/106 był opancerzony i odporny na ostrzał w zakresie kątów po 20 stopni od tyłu - rura wykonana była hartowanej stali grubości 4 mm, a od tyłu dodatkowo chroniona wspomnianą pancerną owiewką.

Poniżej możemy ujrzeć niejakie szczegóły bliższe konstrukcyjne SKAV 25/106 na przykładzie He 111 porzuconego w Iraku w 1941 roku.

 Tutaj zaś ponownie zobaczyć możemy SKAV 25/106 w kadłubie He 111 - tym razem owiewka jest otwarta do ładowania, a w rurze wyrzutnika widoczne są granaty SK 106.

[https://gb.readly.com/magazines/iron-cross]

Z kolei wyrzutnik SKAV 10/106 na 10 granatów SK 106 wyglądał konstrukcyjnie wcale podobnie do SKAV 25/106, acz - jako nieopancerzony, wykonany z aluminium - pozbawiony był pancernej owiewki i granaty wypadały z niego po prostu do tyłu, nie było też wewnątrz drewnianych listew. Przewidywano montaż po dwie sztuki m.in. na samolotach Do 17 (P i Z) oraz He 111 (H i P), a w połowie 1940 także Ju 88. W He 111 i Do 17 wyrzutniki montowane były nad sobą w ściętym zakończeniu kadłuba. Oba wyzwalane były osobno (co miało tę zaletę, że mogły być załadowane granatami z zapalnikami o różnym czasie działania, do wyboru), w przypadku He 111 robił to ręcznie strzelec, acz najwyraźniej ze stanowiska C (tylne dolne), zaś w przypadku Do 17 - strzelec ze stanowiska B, ale tym razem nogą. Co ciekawe, SKAV 10/106 występował na etapie prototypowym na przełomie lat 1939/40 w dwóch wersjach - starej z jednym łańcuchem wypychającym granaty i nowej z dwoma przeciwlegle położonymi łańcuchami, acz wyrzutniki seryjne miały z powrotem jeden łańcuch.   

 
 [https://gb.readly.com/magazines/iron-cross]

Zachowaną końcówkę kadłuba He 111 zestrzelonego nad wielką Brytanią, z dwoma wyrzutnikami SKAV 10/106, obejrzeć możemy na zdjęciu powyższym - obejmy po prawej stronie rur mieściły kółka z łańcuchem. Mały okrągły element obok wyrzutników po prawej to obudowa tylnego światła pozycyjnego.

 Podobnie ideologicznie skonstruowany był i wyrzutnik SKAV 55/70 dla granatów SK 70, acz tym razem znacznie był dłuższy - tak z racji na większą liczbę granatów (55), jak i ich większą długość (SK 106 miał średnicę 105 mm i długość 60 mm, SK 70 - średnicę 69,5-70 mm i długość 108 mm - patrz niżej; oba ważyły zresztą tyle samo, ok. 0,5 kg). Rura tego wyrzutnika, zamontowana wzdłuż prawego boku kadłuba He 111, miała aż 7,5 m długości i sięgała na wysokość stanowiska strzeleckiego C (tylne dolne), a ważyła przy tym 36 kg pusta i 63,5 kg załadowana. Jej wylot nie wystawał już na zewnątrz z kadłuba, kończyła się gładko, zaokrąglonym otworem w oprofilowaniu końcówki kadłuba poniżej prawego steru wysokości, dlatego też tym razem wypatrzenie He 111 ze SKAV 55/70 nie jest już takie oczywiste. Uproszczony był także mechanizm przesuwania granatów - zamiast łańcucha z hakami była to już prosta metalowa taśma z przynitowanymi blaszanymi zaczepami, a jako że rura kończyła się powyżej stanowiska dolnego strzelca, zwykła korba napędzająca taśmę zamontowana była niedaleko poniżej końca rury wyrzutnika, bez potrzeby stosowania jakichkolwiek długich cięgien wzdłuż kadłuba itp., i każde pół obrotu korby wyrzucało jeden granat. Co warto zauważyć, wyrzutnik SKAV 55/70 był zatem dostępny z wnętrza samolotu i w przeciwieństwie do SKAV 10/106 i SKAV 25/106 mógł być doładowany w locie. Acz nie był jednak najwyraźniej traktowany jako rozwiązanie do końca zadowalające czy docelowe – w lipcu 1940 firmie M. Westermann & Co G.m.b.H. zredukowano zamówioną liczbę SKAV 55/70 z 800 do 400 sztuk, motywując to zmniejszeniem zapotrzebowania ze względu na uruchomienie produkcji opancerzonego SKAV 25/106

I jeszcze do kompletu, w połowie 1940 roku, przy okazji przymierzania się do instalacji wyrzutników na Ju 88, z elementów nadliczbowych SKAV 55/70 wydłubano sobie też jakiś mniej lub bardziej zaimprowizowany SKAV 10/70 - ale raczej pozostał on wersją nieoficjalną.

  Jeśli chodzi o wygląd całych granatów, na rysunku powyżej pokazane mamy formy i wymiary kompletnych SK 70 oraz SK 106 - po lewej stronie wczesną postać ze stycznia 1940, zaś po prawej formę powiedzmy dojrzałą, z wiosny-lata 1940, choć de facto przyznać trzeba, że było tych odmian dosłownie bez liku. Po prawej stronie u góry pokazana jest także dla porównania wielkości głowica granatu, tu bez zapalnika i ucha do zaczepienia spadochronu; widać zatem pewną osobliwość, w kompletnym SK 70 musiała być ona ułożona wzdłużnie, a w SK 106 - poprzecznie. Grubość ścianki głowicy wynosiła ledwo 5,35-5,5 mm, więc jej działanie odłamkowe było zdecydowanie oszczędne...

Sama zewnętrzna obudowa SK 70 i SK 106, niezależnie od wariantu, miała zawsze taką samą konstrukcję, wykonaną z blachy aluminiowej grubości 1 mm - składała się z korpusu podzielonego wzdłużnie na dwie połówki, zamkniętego na końcach okrągłymi pokrywkami osadzonymi w przetłoczeniach ścianek. Co może i zaskakujące, obudowa była po prostu luźno złożona i jej elementy nie były ze sobą w żaden sposób złączone - w transporcie jej połówki utrzymywało razem opakowanie, a po załadowaniu do wyrzutnika - jego rura lub jej wewnętrzne listwy prowadzące. Ładowanie granatów do wyrzutnika wymagało zatem sporo uwagi i po wyjęciu granatu z opakowania pewnego trzymania razem połówek korpusu, aby się nie rozpadł. W przypadku gdy doszło do niezamierzonego otwarcia obudowy, nie wolno było próbować z powrotem poskładać granatu, doprowadzając go do stanu używalności - należało włożyć spadochron z głowicą do połówek obudowy, zawinąć całość w papier i z odpowiednim opisem odesłać do zbrojowni. 

Obudowy granatów malowane były pierwotnie na zielono, ale z czasem, we wrześniu 1940, okazało się, że powłoka malarska utrudnia czemuś ładowanie granatów SK 106 do wyrzutnika i z malowania zrezygnowano; obudowy nie posiadały od tej pory żadnej powłoki antykorozyjnej, a ochronę przed korozją zapewniały hermetyczne skrzynki transportowe (Luftdichter Patronenkasten 2 cm Ausführung B). Na obudowie nanoszone było ponadto oznaczenie czasu działania zapalnika (jak już zresztą wspomnianem zostało w części pierwszej), w postaci jednego czerwonego pierścienia dla czasu 1 s lub dwóch czerwonych pierścieni dla czasu 2 s; w zależności od opóźnienia 1 lub 2 s granaty nazywane więc były odpowiednio jako SK 70/1 i SK 106/1 oraz SK 70/2 i SK 106/2, a ich zapalniki - Reißzünder jako RZ 1 lub RZ 2 (względnie, bardziej wylewnie, jako RZ 1 sec i RZ 2 sec).

Jako ciekawostkę wspomnieć można, że na początku rozwoju Störkörpera, w roku 1935, widziano konstrukcję tej broni cokolwiek inaczej niż zrealizowano ostatecznie w postaci SKAVów - co pokazane jest schematycznie powyżej. Granat wraz ze spadochronem umieszczone miały być w dwudzielnej tekturowej tubie o długości ok. 250 mm i średnicy wewnętrznej 40 mm. Tuba włożona była do indywidualnej rury wyrzutnika, od strony wylotowej zamkniętej pokrywą, a na drugim końcu mieszczącej tłok ze sprężyną. Po wyzwoleniu wyrzutnika tłok pod działaniem sprężyny wypychał z rury tekturową tubę wraz z zawartością oraz pokrywkę, po opuszczeniu rury tuba rozpadała się na połowy, uwalniając granat ze spadochronem (a więc ten moment wyglądał cokolwiek podobnie do wersji finalnej), acz zapalnik uruchomiony miał być tu nie poprzez otwierający się spadochron, a za pomocą sznura o długości minimum 3 m łączącego go z tłokiem wyrzutnika. 

 Ewolucji podlegały i same, opracowywane przez Rheinmetalla, głowice - nie wiedzieć czemu dość konsekwentnie opisywane kalibrem 3,7 cm, jak gdyby miało to w tej sytuacji jakiekolwiek istotne znaczenie (acz teoretycznie rozważano i używanie w charakterze głowic zwykłych granatów artyleryjskich 3,7 cm - więc może dlatego tak zważano na ten wymiar). Co więc ciekawe, korpus pierwszej wersji granatu SK wyglądał właśnie jak obcięta górna część pocisku 3,7 cm Sprgr. 18. Miał ten sam wymiar komory na ładunek wybuchowy (26x49 mm), tę samą średnicę zewnętrzną (36,6 mm - bez zgrubienia środkującego), ten sam gwint zapalnika (M28x1,5), a nawet te same wymiary wkrętki głowicowej, odpowiadającej tu zapalnikowi pocisku (33x33 mm) i jej obrys (promień krzywizny 259 mm). Dziwne, ale prawdziwe.

Na rysunku powyższem widzimy zatem ewolucję granatu w ujęciu chronologicznym - po lewej pierwotna forma z roku 1935, posiadająca ten kształt pokrewny pociskowi 3,7 cm. Uwaga - wariant ten jako jedyny narysowany jest z rzeczywistym zapalnikiem, jak wyglądał on później - pojęcia nie mam, dlatego pozostałe sylwetki mają zapalniki zaznaczone jeno schematycznie. Szybko, jak widać, z przerośniętej części głowicowej zrezygnowano i we wrześniu roku 1936 mamy już ten sam wprawdzie korpus, ale zamknięty płaską wkrętką z gwintem pod zapalnik  (niezmiennie M10x1). No i w kroku kolejnym uproszczono kształt korpusu, rezygnując z niepotrzebnego już teraz zwężenia części przedniej, nieznacznie powiększając też średnicę - jak to widzimy na przykładzie z roku 1939, pokazanym przy okazji w dwóch wersjach technologicznych, odlewanej i ciągnionej. Był to, zda się, finalny wariant głowicy.

Jako pierwsze jednostki w SK wyposażone miały być od marca 1940 Aufkl.Gr. 121, Aufkl.Gr. 122, Aufkl.Gr. 123 oraz KG 26, dla których przewidywano dostawę 500 wyrzutników SKAV 10/106 w marcu-kwietniu (jedną z pierwszych była zapewne 5./(F) 122), po czym w maju-czerwcu planowane było dostarczenie kolejnych 1000 wyrzutników dla innych jednostek - np. w kwietniu 1940 dowództwo 3. Luftflotte (Lfl.Kdo. 3) jako najpilniejsze widziało wyposażenie w Störkörpery He 111 z KG 53 i KG 55, a także Wekusta 51. W kwietniu 1940 zakładano miesięczne zapotrzebowanie na poziomie 50 000 granatów (przy planowanej wtedy produkcji na okres maj-wrzesień wahającej się na poziomie 20 000 - 50 000), acz liczby takiej nie udało się osiągnąć jeszcze w końcu czerwca. Wąskim gardłem dla docelowej liczby 50 000 okazała się przede wszystkim niewystarczająca produkcja zapalników, wobec czego konieczne było wykorzystanie zapalników granatów ręcznych produkowanych dla Heer (odpowiednie zapalniki wytwarzane były przez firmę Paul Schwenke z Liebenberg-Mühle), wobec czego WaA przekazać miał od maja 200 000 zapalników ze swojej produkcji, co umożliwiło by pokrycie czteromiesięcznej produkcji Störkörpera; pierwsza dostawa 12 000 sztuk nastąpiła już w początku maja 1940.

Mamy przy okazji w historii Störkörpera i ślad polski - korpusy głowic wraz z wkrętkami produkowane były m.in. w fabryce Hasag w Kielcach, która w czerwcu 1940 dostarczyła ich z bieżącego zamówienia 70 160 sztuk, przy czym w początku maja przewidywano tam wytworzenie 50 000 sztuk w maju i 100 000 w czerwcu. Na produkcję Störkörperów ze spadochronami przeznaczona była także jedna hala fabryki Hasag w Skarżysku-Kamiennej, mająca mająca realizować kontrakt przez okres roku.

Zatem aby zwizualizować sobie rzeczywistą skalę produkcji, wspomnieć można, że np. fabryka Wesco (M. Westermann & Co. G.m.b.H.) w Neheim-Ruhr miała w kwietniu 1940 bieżące zamówienia na 500 wyrzutników, 300 000 obudów granatów i 500 000 uch do spadochronu, a Wasag Reinsdorf produkował we wrześniu 1940 serię 300 000 ładunków wybuchowych z trotylu.

Jak się wydaje, zgodnie z przewidywaniami, czar Störkörpera prysł szybko, już gdzieś w końcu roku 1940, czyli po zaledwie dziewięciu miesiącach służby - w pierwszej połowie grudnia anulowane zostały ze skutkiem natychmiastowym zamówienia na 560 tysięcy spadochronów, w większości już zresztą zrealizowane, Luftmunitionsanstalt 2/III Königstädt (k. Gransee) otrzymał polecenie natychmiastowego przerwania elaboracji Störkörperów (i zmagazynowania posiadanych tudzież jeszcze mających być dostarczonymi części do dyspozycji RLM), a w styczniu 1941 Erprobungsstelle Tarnewitz poinformowała RLM, że w Kielcach realizowane jest jeszcze zamówienie na 500 000 SK, które nie zostało anulowane. A miało być tak pięknie - i jeszcze w połowie listopada dopieszczanie konstrukcji seryjnego Störkörpera trwało w najlepsze...

  No i na koniec znów niejaka ciekawostka - w końcu roku 1944 wydano instrukcję adaptowania Störkörpera na małą minę lądową poprzez wyposażenie go w chemiczny zapalnik naciskowy SF 6 (z czego zda się też wynikać, że zasoby magazynowe SK musiały być i wtedy wcale pokaźne - co i w sumie nie dziwi, skoro przynajmniej w l. 1940-41 produkowano te granaty w setkach tysięcy). I tak oto w prozaiczny sposób granat lotniczy zakończył swą karierę w roli naziemnej, a może i nawet podziemnej...

czwartek, 12 marca 2026

Rakieta podziemna

 czyli

Ty nie wierz swoim oczom, to nie może być!

Wertując annały traktujące o szeroko pojętych aspektach uzbrojenia epoki ostatniej wojny światowej - co znów stwierdzić trzeba i nie niejednokrotnie już podkreślanym tu było - po raz kolejny staje człek w zadumie nad ową istotą duszy germańskiej, twórczej a niepokornej, nieposkromionej, nieprzewidywalnej, poruszającej się krętymi ścieżkami zda się dla innych nacji dalece niedostępnymi.

Wszyscy słyszeliśmy o rakietach latających w powietrzu, słyszeliśmy o rakietach kosmicznych, niektórzy zapewne słyszeli i o rakietach podwodnych. No bo co by jeszcze być mogło? Ale tu okazuje się nagle i nieoczekiwanie, że jak zwykle niezawodni konstruktorzy rasy nadludzi poszli na polu koncepcyjnym jeszcze dalej, konstruując w roku 1943 rakietę podziemną - i to sensu stricto. 

 

Cudo owo, ochrzczone nazwą R - S Be 50 E, składało się z korpusu betonowej odłamkowej bomby lotniczej SBe 50 E (znanej nam już poniekąd i skądinąd z wpisu o betonowych bombach odłamkowych), połączonego z silnikiem rakietowym na paliwo stałe, będącym - jak można podejrzewać po jego wyglądzie - adaptacją silnika 15 cm Treibsatz DO Wu stosowanego masowo w rozmaitych pociskach nebelwerferów i wariacjach na ich temat. Całość miała długość nieco ponad 120 cm, średnicę 20 cm i ważyła 73 kg, przenosząc 18 kg materiału wybuchowego i 6 kg paliwa. Na rysunku powyżej widzimy ów pocisk podziemny w porównaniu do znanej i lubianej rakiety burzącej 28 cm Wk Spr bazującej na tym samym silniku. Próby stanowiskowe zostały ukończone w 1943 roku, po czym rozwój uległ rocznemu zawieszeniu z racji na brak zapotrzebowania ze strony WaPrüf, a konieczne wszak były jeszcze dalsze testy w celu dobrania ładunków paliwa odpowiednich do przebijania różnych rodzajów gruntu.

R - S Be 50 E zakopywany miał być pod ziemią na głębokości 2 m, dzięki działaniu silnika rakietowego przebijać się na powierzchnię i wybuchać w powietrzu na wysokości ok. 2 m. Zatem, nie ukrywajmy gorzkiej prawdy - stworzono po prostu wielką minę wyskakującą. Dlaczego tak, można by się zastanawiać - niewątpliwie byłaby ona na takiej głębokości zabezpieczona przed przeciętnym ostrzałem czy bombardowaniem, co zatem wydaje się istotną przesłanką do wykoncypowania takiego wynalazku.

Przy okazji zauważyć trzeba, że zapewne powstał w ten sposób pocisk rakietowy o najmniejszej w dziejach donośności - wszystkiego 4 metry. No zawszeć to jakiś sukces konstrukcyjny. 

czwartek, 22 stycznia 2026

No to chlup! Na trzecie nóżkie!

 czyli

Co by tu jeszcze zakombinować?

Zajmowaliśmy się już tutaj wcale interesującą problematyką niemieckich zapalników hydrodynamicznych do amunicji przeciwlotniczej - czy to w postaci pocisku zapalającego 2 cm Brgr. 44 o. Zerl., czy leż lotek szrapnelowych FK 44

Okazuje się jednak, że nie koniec to wcale epopei niemieckiego zapalnika tego rodzaju, bo i na tym polu naród ów twórczy postanowił coś namącić, żeby nie rzec, ubogacić koncepcję - i to wcale nie tylko w postaci wspomnianego w pierwszym wpisie zapalnika hydrodynamiczno-uderzeniowego z samolikwidatorem. Skoro można wzbogacać funkcje samego zapalnika, można przecie i wzbogacać funkcje pocisku!

Tropem tym poszła niezawodna firma Hasag z Lipska, projektując pod koniec wojny (a może i już po jej zakończeniu) w kalibrach 2 cm i 3 cm całą serię doświadczalnych pocisków przeciwpancerno-zapalających z zapalnikiem hydrodynamicznym, pod wspólną nazwą nazwą Panzerbrandgranat 44 (co zarazem pozwala sądzić, że rocznik, czy model 44, ogólnie oznaczał pocisk czy też lotkę z zapalnikiem hydrodynamicznym - skoro mamy i Brgr. 44 i Pzbrgr. 44 i FK 44).

Spójrzmy zatem na taką konstrukcję na przykładzie jednej z wielu proponowanych odmian pocisku 2 cm Pzbrgr. 44 L'spur o. Zerl., czyli przeciwpancerno-zapalającego ze smugaczem i bez samolikwidatora. 

Po lewej na rysunku powyżej widzimy jego przekrój - sam korpus pocisku charakteryzuje się właściwą lotniczej amunicji przeciwpancernej grubościenną ostrołukową częścią głowicową i jest w tym przypadku dwudzielny, łączony z dwóch wprasowanych części, przedniej i tylnej, choć były i wersje ze skorupami jednoczęściowymi, zamkniętymi wkrętką denną, podobnie do zwykłych pocisków przeciwpancernych. Różnice występowały też w ukształtowaniu części tylnej, mogącej mieć grubsze lub cieńsze ścianki, stąd mieszczącej różne ilości materiału wybuchowego - tu mamy akurat pokazaną wersję grubościenną. 

No ale powróćmy do specyfiki konstrukcji. W przeciwieństwie do znanego nam już głowicowego zapalnika AZ 9501, zapalnik hydrodynamiczny stosowany w przeważającej liczbie pocisków przeciwpancerno-zapalających, ochrzczony przez Hasaga zgrabną nazwą Flüssigkeitsdruckzünder Z 20156 (czyli zapalnik ciśnieniowy cieczy), był niewielkim i równie zgrabnym podzespołem umieszczonym, jak to w amunicji przeciwpancernej, wewnątrz korpusu pocisku i mieścił jedynie iglicę z tarczką przyjmującą uderzenie paliwa, zabezpieczoną za pomocą spiralnie zwiniętej płaskiej sprężyny, oraz spłonkę detonującą Sprengkapsel Duplex (Stahl) modelu 1461. Całość miała ledwo 10 mm średnicy i jakieś 26 mm długości. Natomiast kanały dolotowe cieczy były w tym przypadku - i w odróżnieniu od zapalnika AZ 9501 - elementami korpusu pocisku, a nie samego zapalnika. Liczba kanałów, 3 lub 4, a także ich geometria różniły się w różnych zaproponowanych wersjach pocisku, na pokazanym przykładzie mamy w każdym razie cztery kanały średnicy 3,5 mm skierowane do przodu pod kątem 20 stopni. Część głowicowa pocisku osłonięta była nakładką i blaszanym czepcem, upodobniającym jej kształt do pocisków ze zwykłymi zapalnikami głowicowymi. Tylna część korpusu, w sumie już nic ciekawego, mieściła jedynie ładunek materiału wybuchowego HA 41, czyli mieszaninę heksogenu z aluminium, oraz smugacz. Cały pocisk miał 19,7 mm średnicy korpusu i 84 mm długości.

Na pierwszym rysunku pośrodku widzimy zatem zewnętrzną formę kompletnego pocisku w malowaniu, które, jak można podejrzewać, nosiłby w służbie - czyli pocisku przeciwpancerno-zapalającego ze smugaczem, według znanych nam reguł znakowania amunicji lotniczej.

W działaniu prezentowałby się on pocisk zupełnie podobnie do 2 cm Brgr. 44 o. Zerl. z zapalnikiem AZ 9501. Po strzale, na skutek rotacji pocisku, sprężyna zabezpieczająca w zapalniku Z 20156 rozwijała się na boki, uwalniając iglicę z tarczką i tym samym uzbrajając zapalnik. Przy trafieniu w cel czepiec osłaniający korpus pocisku ulegał zniszczeniu, odsłaniając kanały dolotowe w korpusie - jak pokazane jest na pierwszym rysunku po prawej. Jeżeli pocisk trafił w zbiornik paliwa, strumień cieczy przez otwory dolotowe dostawał się do zapalnika, wbijając iglicę w spłonkę i inicjując wybuch. 

W porównaniu do pocisku czysto zapalającego, 2 cm Pzsprgr. 44 oferował oczywiście działanie przeciwpancerne, mogąc więc skutecznie razić nawet opancerzone czy po prostu solidne elementy płatowca, o które 2 cm Brgr. 44 najzwyczajniej jałowo by się rozbił, jednak zapalnik Z 20156 podobnie jak i  AZ 9501 działał jedynie w przypadku trafienia w ciecz - i to z odpowiednio wysoką prędkością. No, ale powiedzmy w przypadku pocisku przeciwpancernego wybuch jest niejako dodatkowym aspektem jego działania.

No więc tu jest niejaki postęp, ale nie do końca... Lepiej natomiast sytuacja wyglądała w przypadku większych pocisków 3 cm Pzbrgr. 44 o. Zerl., które oprócz hydrodynamicznego zapalnika Z 20156 posiadały również denny zapalnik uderzeniowy JZ 2514 czy też Z 30119 - tutaj zatem wybuch gwarantowany był niezależnie od obiektu trafienia.