piątek, 20 lutego 2015

A to suka!

czyli

Co trapiło SU-76?

W numerze 2/2015 periodyku Technika Wojskowa Historia ukazał się artykuł Michała Fiszera i Jerzego Gruszczyńskiego "Działo samobieżne SU-76", zgodnie z renomą autorów erudycyjnie i wyczerpująco przedstawiający historię powstania radzieckich dział szturmowych już od początku lat 30., i skupiający się na końcu i w końcu cokolwiek na sławnym SU-76M, które, poza częścią historyczną, zaprezentowane zostało w formie opisu technicznego i planów w czterech rzutach. To nie pomyłka - wbrew tytułowi artykuł prześlizguje się nad "prawdziwym" SU-76 (SU-12) niemal mimochodem, nie poświęcając mu ani trochę więcej uwagi niż innym konstrukcjom wytyczającym drogę ku SU-76M (SU-15). A szkoda, bo nieudane SU-76 jest akurat konstrukcją mało znaną, która naprawdę zasługiwałaby na bardziej szczegółowe zaprezentowanie, zwłaszcza w aspekcie istoty problemów technicznych, które ją prześladowały - a które w artykule zostały jedynie enigmatycznie wzmiankowane (bez podania przyczyn), podobnie jak i przedsięwzięte środki zaradcze. I to jest, w moim odczuciu, jedna z większych wad tej pracy, szczególnie biorąc pod uwagę jej tytuł. 
    W charakterze niejakiego uzupełnienia postanowiłem więc sobie zamieścić odpowiedni ustęp z wysmażonego przed całkiem wielu laty tekstu - a co się ma marnować (o ile w ogóle do czegokolwiek się jeszcze nadaje)?

Seryjna produkcja SU-12, noszącego wojskowe oznaczenie SU-76, rozpoczęła się w grudniu 1942 roku i już w styczniu 1943pierwsza partia 25 sztuk SU-76 (...) skierowana została do nowo utworzonego centrum szkoleniowego artylerii samobieżnej, gdzie rozpoczęto formowanie dwóch mieszanych pułków artylerii samobieżnej – 1433 i 1434, mających na uzbrojeniu działa SU-76 i SU-122. Po przeszkoleniu załóg, 19 stycznia oba pułki wyruszyły w towarzystwie komisji NKTP pod przewodnictwem S.A. Ginzburga na front wołchowski, gdzie trwały walki o odblokowanie Leningradu. (...) Po zakończeniu tych dziesięciodniowych prób wojskowych załogi fabryczne zastąpione zostały przez żołnierzy frontowych, a SU wziąć miały udział w walkach w rejonie Smierdyni w dn. 13-15 lutego. Niestety, do tego czasu większość SU-76 uległa awariom skrzyń biegów i wałów głównych, które nie wytrzymywały warunków służby frontowej. W celu wyeliminowania tych przypadłości wały zostały po prostu wzmocnione, lecz tu paradoksalnie okazało się, że takie zmodernizowane pojazdy ulegają awariom jeszcze częściej - stało się więc jasne, że SU-76 posiada poważny defekt konstrukcyjny, którego usunięcie wymaga znacznie bardziej złożonych modyfikacji – i w związku z tym produkcja działa została w dniu 21 marca wstrzymana aż do czasu wyjaśnienia przyczyn awarii i opracowania metod ich usunięcia.
Po zbadaniu problemu okazało się, że winę ponosiło błędne rozwiązanie transmisji – przyjęty do napędu SU-12 układ dwóch niezależnych silników GAZ-202 (licencyjny Dodge), każdy z własną skrzynią biegów, pozbawionych synchronizacji i pracujących na wspólny wał główny.Powodowało to powstawanie na wale drgań skrętnych, których częstotliwość rezonansowa mieściła się w zakresie obrotów silników, a jej maksimum występowało w najcięższych warunkach jazdy – na drugim biegu po błocie lub śniegu. Konieczne było więc jak najszybsze wyeliminowanie drgań (...). Zamierzano to osiągnąć na dwa sposoby – poprzez tłumienie drgań w istniejącym układzie napędowym lub poprzez synchronizację pracy obu silników. To ostatnie nie było jednak możliwe do wdrożenia w krótkim okresie czasu, jako że wymagało przekonstruowania kadłuba, tak, aby silniki znalazły się obok siebie – tym samym produkcja dział, potrzebnych do planowanych na lato 1943 operacji zaczepnych, zostałaby wstrzymana na dłużej. Dlatego też Giznburg i Szczukin przyjęli pierwsze rozwiązanie, dążąc do wytłumienia drgań – zamortyzowano w tym celu łoża silników, pomiędzy silnikami a skrzyniami biegów wprowadzono sprężyste przeguby, a na wale głównym, pomiędzy przekładniami głównymi – dodatkowe sprzęgło ślizgowe. Zmodyfikowane tak w zakładzie nr 38 działa oznaczono SU-12M i w kwietniu (marcu-kwietniu?) 1943przeszły one w Kirowie testy, które wykazały, że ich niezawodność uległa znacznej poprawie. W związku z tym i wobec potrzeby zaopatrywania wojsk w lekkie działa samobieżne w maju 1943 SU-12M weszły do produkcji seryjnej pod oznaczeniem SU-76M.
    Pierwsze masowe użycie SU-12M na froncie miało miejsce w bitwie kurskiej (od 5 lipca 1943) i spowodowało narodzenie się wielu trwających później niepochlebnych opinii o zawodności pojazdu, przezwisk „bratnia mogiła czterech czołgistów”, „suka” czy „gubiciel dusz” – często jednak u podstaw leżało nieprawidłowe taktycznie wykorzystywanie dział samobieżnych w roli czołgów, do której zupełnie się nie nadawały. SU-12M posiadało jednak też oczywiste wady. Zamknięty i przykryty dachem przedział bojowy pozbawiony był jakiejkolwiek wentylacji mechanicznej, co prowadziło czasem w walce do zatrucia załogi dymem – dlatego też już w początku lipca wydano rozkaz demontowania dachu aż do wysokości celownika peryskopowego lub montowania dodatkowego wentylatora. Uciążliwe były warunki pracy kierowcy, który siedział pomiędzy dwoma silnikami, kłopoty sprawiało mu także obsługiwanie dwóch skrzyń biegów za pomocą jednaj dźwigni. Chociaż ogółem awaryjność SU-12M nie była większa od średnich dział samobieżnych, to remonty były z reguły bardziej kłopotliwe, jako że sprowadzały się najczęściej do wymiany skrzyń biegów, wału głównego i przekładni głównych.
Już w maju 1943 gotowa była jednak gruntownie zmodernizowana wersja lekkiego działa samobieżnego zakładu nr 38, ze zsynchronizowanymi silnikami – SU-15, która w czerwcu weszła do masowej produkcji pod takim samym oznaczeniem SU-76M, a produkcja SU-12 została wobec tego wstrzymana po wytworzeniu 579 sztukOstatnie z tych dział dotrwały w służbie frontowej do połowy 1944 roku, gdy rozkazem naczelnika Zarządu Broni Pancernej KA przekazano je do jednostek szkolnych.
S.A. Ginzburg przypłacił problemy z SU-12 życiem. Obradująca wiosną 1943 komisja, mająca na celu ustalenie przyczyn niepowodzenia, ograniczyła się do decyzji personalnych, uznając m.in. Giznburga głównym winowajcą i wysyłając go w kwietniu 1943 roku na front, jako naczelnika służby remontowej w korpusie pancernym. Stalin, który zainteresował się losem SU-12, dowiedziawszy się o losie Ginzburga w ostrych słowach skrytykował taką działalność komisji jako „nikczemne przestępstwo”, które zostawiło RKKA bez artylerii samobieżnej i nakazał odwołanie konstruktora z frontu. Rozkaz Stawki dotarł jednak podobno do jednostki dzień-dwa po śmierci Ginzburga.

© Grzesio 2015

poniedziałek, 2 lutego 2015

Fliegerfaust - według Poligonu

 czyli

Hu-hu-ha, hu-hu-ha, były raz Luftfausty... eee... dwa?!

W najnowszym numerze znanego i lubianego periodyku Poligon (1/2015) ukazał się artykuł Andrzeja Kińskiego "Od Fliegerfausta do Strzały. Sowieckie przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe (cz. I)", w zdecydowanej większości - co może nieco zaskakujące - poświęcony niemieckim wyrzutniom przeciwlotniczym Luftfaust i Fliegerfaust. I na tym niemieckim ustępie skupmy zarazem swoją uwagę.
Nie ulega wątpliwości, że poza pojawiającymi się u nas od lat mniej lub bardziej zdawkowymi informacjami, jest to jedno z najbardziej wyczerpujących opracowań dotyczących tych broni. Artykuł wyczerpująco omawia historię rozwoju wyrzutni, począwszy od założeń technicznych, po ograniczone zastosowanie bojowe, szczegółowo przedstawia także budowę pocisków i wyrzutni, tak opisowo, jak i na zdjęciach oraz rysunkach. Czegóż chcieć więcej, skoro jest tak pięknie?
Niestety - nie jest pięknie. 
O Luftfauście w  zasadzie trudno napisać coś odkrywczego, bo dostępne publikacje wnoszące cokolwiek konkretnego do tematu, można policzyć na palcach jednej ręki - kwestia więc jedynie w składnym i rzetelnym opracowaniu dostępnej informacji. Tego warunku, niestety, nie spełnia ani tekst Andrzeja Kińskiego, ani towarzyszące mu rysunki Tomasza Grotnika.

Jako niejakie poszukiwanie sensacji potraktować można zdanie ze wstępu: "Nadal jest to historia bardzo mało znana i zapewne nieliczni spośród Czytelników naszego czasopisma wiedzą, że u schyłku wojny w ręce niemieckich żołnierzy trafiła – co prawda w śladowych ilościach – broń będąca przeciwlotniczym odpowiednikiem Panzerfaustów i Panzerschrecków." Akurat wydaje mi się, że pośród ludzi interesujących się techniką wojskową - a raczej do takich adresowany jest Poligon - jest to raczej rzecz raczej znana. No, ale kwestia gustu.
W warstwie historycznej artykułowi trudno wszak coś zarzucić, choć autor dość konsekwentnie dystansuje się od podawanych faktów (legenda głosi..., ponoć..., podobno...). Dużo gorzej przedstawia się natomiast sprawa jeśli chodzi o czysto techniczną stronę opisywanych konstrukcji, gdzie wątpliwości już nie ma - a tu akurat szkoda.

Pocisk bezodrzutowy Luftfaust-A ze ślepą głowicą.

Przede wszystkim już w założeniu autor popełnia kardynalny błąd, widząc Luftfausta już od samego zarania jako broń rakietową, i opisując wobec tego dwa typy pocisków - Luftfaust-A z kombinowanym napędem bezodrzutowo-rakietowym i czysto rakietowy Luftfaust-B. Niestety - nie. Opisywany w artykule i ukazany na ilustracjach na stronach 73-74 pocisk Luftfaust-A nie był pociskiem rakietowym, ale czysto beznapędowym, bezodrzutowym, wystrzeliwanym z wyrzutni na dokładnie takiej samej zasadzie jak pocisk z Panzerfausta, za pomocą ładunku miotającego prochu czarnego - i tyle. Artykuł błędnie opisuje więc ów pocisk jako dwuczęściowy twór o długości 231 mm, w części tylnej mieszczący ładunek miotający, inicjujący zarazem silnik rakietowy znajdujący się w części przedniej. Szkoda, że nie pokuszono się o wskazanie na rysunkach, gdzie niby ten silnik rakietowy miałby się znajdować... Dość specyficzna terminologia, swoją drogą - osobiście skłaniałbym się raczej do nazwania takiego zestawu pocisku i ładunku miotającego nabojem, a nie tylną i przednią częścią pocisku... Ale mniejsza z tym. Pocisk ten nie miał wobec tego długości 231 mm, ale tylko jakieś 108 mm (plus pozostałe 93 mm przypadające na przybitkę i pozostający w lufie ładunek miotający wraz ze spłonką), nie posiadał też żadnego silnika, a co najwyżej umieszczony w tylnej części smugacz. Błędnie określony jest też kaliber prowadnicy wyrzutni jako 30 mm, co wynika ze złej interpretacji rysunku z niemieckiej instrukcji saperskiej - tyle wynosiła zewnętrzna średnica prowadnicy.
Pewną podejrzliwość uważnego czytelnika powinna wzbudzić jednak, w zderzeniu ze zdjęciami i rysunkami, podana na stronie 74 rozpiętość usterzenia tej "rakiety" - ok. 9,5 cm. Tyle bowiem zilustrowany malutki pocisk nie ma na pewno. 
Całe zamieszanie, rujnujące w znacznym stopniu stronę merytoryczną artykułu, bierze się bowiem stąd, że w ramach programu Luftfaust opracowano trzy rodzaje pocisków, a nie tylko dwa - jak chce Andrzej Kiński. Poplątał on bowiem dwa typy opracowane dla wyrzutni Luftfaust-A - pocisk bezodrzutowy, nie posiadający własnego napędu (zobrazowany w artykule), oraz pocisk z kombinowanym napędem bezodrzutowo-rakietowym, który wyglądał mniej więcej jak pocisk Luftfaust-B, acz z zamocowanym na końcu przedłużonej komory spalania dużym czterobrzechwowym usterzeniem z blachy sprężystej (być może zresztą był on także potem wykorzystany jako czysto rakietowy, bez dodatkowego ładunku prochowego). Ten drugi pocisk nie został jednak w Poligonie w ogóle przedstawiony, zaś napęd rakietowy przypisany został błędnie pociskowi pierwszej wersji.

Pocisk rakietowy Luftfaust-B w przekroju.

Wątpliwa wydaje się nieco - także w świetle dostępnej literatury, jak i logiki - informacja o stosowaniu w pociskach Luftfaust-B zapalników AZ 1528 (tak naprawdę, w Luftfauście nie wykorzystywano standardowego AZ 1528, który, jako lotniczy, był zresztą za duży do pocisków Flaku, ale pochodną tego zapalnika, wyposażoną w dodatkową spłonkę detonującą) - te zapalniki bowiem, jako nieuzbrajające się, były uzasadnione w przypadku bezwirowych pocisków w wersjach ubrzechwionych, w których nie można było stosować standardowych zapalników uzbrajających się na skutek rotacji pocisku. Natomiast w przypadku rakiety stabilizowanej obrotowo nie było już takiego ograniczenia i można było używać bezpieczniejszych zapalników uzbrajających się w ten sposób - z czego zresztą korzystano. Zupełnie błędna jest w każdym razie informacja, że w pocisku Luftfaust-B stosowano zapalniki "AZ 1528 lub AZ 50A/B" uzbrajające się po dwóch sekundach (str. 74). Pierwszy, jak już wiemy, nie uzbrajał się w ogóle, zaś drugi (nota bene, AZ 50 A i AZ 50 B to dwie wersje tego samego zapalnika, różniące się tylko sposobem mocowania w pocisku) uzbrajał się niemal natychmiast po strzale. Po 2 s pocisk znajdowałby się mniej więcej w odległości 400 m od wyrzutni, więc uzbrojenie wtedy zapalnika to, oględnie rzecz biorąc, musztarda po obiedzie i spora część celów byłaby pewnie trafiona nieuzbrojonymi pociskami. Czas ten można natomiast rozpatrywać, i to nie bez podbudowy bibliograficznej, w aspekcie samolikwidacji pocisku.
Dość kuriozalnym jest na tejże stronie zdanie "zespół rozchylonych pod kątem 45 stopni od osi pocisku czterech luf zapewniał nadanie pociskowi prędkości obrotowej do 26 000 obr./min." - jako że silniki rakietowe wyrzucają produkty spalania raczej przez dysze, a nie lufy. W dodatku silnik miał pięć dysz, a nie - jak zda się z tego zdania wynikać - tylko cztery. Prędkość wylotowa na pewno daleka w każdym razie była od "teoretycznej" 280-310 m/s, podobnie jak i podana na str. 75 prędkość po przeleceniu 500 m - 250 m/s. Zresztą wspomniane jest w końcu, że prędkość maksymalna wynosiła faktycznie tylko 250 m/s, ale ten sposób prezentacji danych może być niebezpiecznie mylący. Nie jest też dla mnie całkiem oczywistym, czy kaliber pocisku Luftfaust-B wynosił akurat 23,5 mm.
Nie do końca jest także prawdą informacja ze str. 75, jakoby "układ elektryczny zapewniał odpalenie wszystkich rakiet w dwóch salwach" - bo akurat prądnica podawała do pocisków tylko jeden jedyny impuls. Jeśli chodzi o odstęp obu salw, to w literaturze występują zarówno wartości 0,1 s, jak i podana w artykule 0,2 s.
Szkoda, że - w świetle ogólnego sceptycyzmu demonstrowanego przez autora wobec przytaczanych informacji historycznych - akurat bez żadnej wątpliwości podana została informacja o skierowaniu 80 wyrzutni w kwietniu 1945 do Berlina. 
Niejakiego dysonansu poznawczego doznać można czytając na str. 76 o zachowanym w Moskwie muzealnym Fliegerfauście - czy jest on kompletny (jak głosi tekst artykułu) czy niekompletny (jak chce podpis pod zdjęciem)? Dla ułatwienia dodajmy, że jednak jest niekompletny - brak mu żerdzi mechanizmu uderzeniowego wraz ze sprężyną. Nie ulega natomiast wątpliwości, że drugi z zaprezentowanych w artykule muzealnych Fliegerfaustów, znajdujący się w USA, jest tylko naiwną repliką, zbudowaną wrażeniowo na podstawie znanego perspektywicznego rysunku. Nie dowiemy się już jednak z Poligonu, że w USA rzeczywiście znajduje się drugi egzemplarz muzealny autentycznego Fliegerfausta, tym razem jednak kompletny. 

"Fliegerfaust" w amerykańskiej kolekcji - replika bazująca na niezbyt dokładnym rysunku.

Bardzo nisko ocenić trzeba przekroje amunicji ilustrujące artykuł, które narysowane są tyleż w sposób uproszczony, co wręcz nieporadnie i z błędami. Zarówno w przypadku Lustfausta-A jak i B błędnie przedstawiony został pocisk artyleryjski stanowiący głowicę, ze schodkowo, a nie płynnie, zakończonym zgrubieniem środkującym - błąd ten obnażają nawet ilustrujące artykuł zdjęcia na s. 73. Sprawę pogarszają dodatkowo chaotycznie założone na rysunkach wypełnienia, sprawiające, że nie sposób dojść, które elementy ukazane są w przekroju, a które w widoku, co jest stalą, co drewnem, co takim czy innym materiałem pirotechnicznym, a co pustką.
Zgodnie ze wspomnianym błędnym opisem pocisku Luftfaust-A, niekompletnie narysowany został i jego przekrój (str. 74), ukazujący pocisk wraz z częścią obudowy ładunku miotającego, ale już bez prowadnicy wyrzutni - fizycznie więc obu elementów nic nie trzymałoby w tej postaci razem. Zaopatrzono go za to w zapłonnik elektryczny, acz brak jakiegokolwiek opisu rysunku utrudnia czytelnikowi interpretację, sprawiając, być może, fałszywe wrażenie obecności napędu rakietowego. W widokach zewnętrznych zabrakło oddzielenia zapalnika od głowicy (co sprawia wrażenie, jakby zapalnik sięgał aż do nieszczęsnych schodków na korpusie), zaś pocisk (zwany konsekwentnie "częścią głowicową pocisku") narysowany tu został za to niepotrzebnie wraz z gumową przybitką, przedłużającą tu jego korpus poza stateczniki. Za małe są też nity mocujące stateczniki, natomiast co autor chciał powiedzieć rysując usterzenie na lewym widoku zewnętrznym, tego pojąć nie potrafię. Stateczniki wyglądają tam jak złożone o 180 stopni na mocujące je blaszane podkładki - co samo w sobie jest konstrukcyjnym absurdem, ale dodatkowo narysowane są w tej sytuacji w lustrzanym odbiciu do położenia z prawego rysunku (i do stanu faktycznego). Lepiej więc już podarować sobie te nieszczęsne rysunki i spojrzeć na zdjęcia na s. 73...
Wyposażenie pocisku Luftfaust-B (str. 76) w nieuzbrajający się zapalnik a la AZ 1528 jest, jak wspomniałem, pociągnięciem co najmniej kontrowersyjnym. Błędnie narysowana została ścianka komory spalania, niezgodnie z rzeczywistością zwiększająca grubość na wysokości głowicy, a także przednia wkładka utrzymująca ziarno paliwowe - powinna być identyczna jak tylna, tyle że z dodatkową podkładką od przodu. Podobnie błędnie i chaotycznie odzwierciedlony został kapturek osłaniający zapłonnik - sprawiając wrażenie, jakby zaciśnięta na nim była ścianka komory spalania, a nie na odwrót. 
Na dokładkę rysunek przedstawiający wyrzutnię Fliegerfaust (str. 76), sporządzony jakoby "na podstawie pomiarów egzemplarza z CMSZ FR w Moskwie" powstał tak naprawdę na podstawie dostępnego w internecie, choćby na wikipedii, zdjęcia modelu w skali 1:6 (stanowiącego "uzbrojenie" popularnych figurek żołnierzy), co zaowocowało kolejną feerią błędów. Przede wszystkim źle umieszczone są obwodowe prowadnice - w prawdziwym Fliegerfauście były one rozmieszczone w formie ośmiokąta foremnego postawionego na jednym z boków (a więc dwie obok siebie na dole, dwie obok siebie na górze i po dwie jedna nad drugą po obu bokach), na rysunku zaś, jak i w modelu, ośmiokąt ten ustawiony jest błędnie na narożniku (czyli jedna na dole, jedna na górze, po jednej po bokach, a pozostałe cztery po przekątnych pomiędzy nimi). Ponadto opora naramienna pochylona jest pod dziwnym kątem (powinna być prostopadła do prowadnic), źle narysowana jest także listwa, do której opora jest zamocowana - nachylona pod kątem, a powinna być równoległa do prowadnic itp...
Na koniec jeszcze drobna uwaga do części "radzieckiej". Słowo "kołos" (przez jedno s) to po rosyjsku kłos, a nie kolos. 
Ogółem więc ocena "niemieckiej" części artykułu Andrzeja Kińskiego nie może być wysoka. Podaje on wprawdzie w miarę rzetelną informację historyczną, natomiast bardzo słabo wypada przedstawienie strony technicznej opisywanych broni. Szkoda, bo zapewne wielu czytelników podejdzie do zaprezentowanych z pozoru wyczerpująco i przekonująco informacji z pełnym zaufaniem.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Militaria XX Wieku: Kriegsverdienstkreuz

czyli

O niekorzystaniu z bibliografii

W numerze 4 (61) 2014 poczytnego periodyku Militaria XX Wieku ukazał się skądinąd interesujący i ładnie zilustrowany artykuł Łukasza Gładysiaka pt. W cieniu Żelaznego Krzyża, Kriegsverdienstkreuz i Kriegsverdienstmedaille.
Autor zajął się tym razem rzeczywiście ciekawym odznaczeniem, które, pomimo swej wysokiej rangi i dużej popularności, jest w powszechnej świadomości dość mało znane, a przez to obrosłe szeregiem mitów i nieporozumień. Ba, uchodzi wręcz czasem - i z takim podpisem ukazało się w jednej z książek o tematyce eksploratorskiej - za krzyż za kampanię wrześniową 1939 roku.

Bogata i wysoce merytoryczna podstawa bibliograficzna wykorzystana w artykule pozwolić powinna na dobre opracowanie tematu - i tak też się stało, acz głównie w części opisowej, dotyczącej wyglądu i sposobu noszenia odznaczeń. Niestety, najgorzej wypadła ta część artykułu, która de facto stanowić mogłaby jego największą wartość - dotycząca formalnych aspektów przyznawania Krzyża Zasługi Wojennej, które - ulegające do tego dość istotnym zmianom - są właśnie najmniej znane i najczęściej błędnie opisywane.
Tutaj, niestety, artykuł Łukasza Gładysiaka nie wnosi nic ciekawego. To, co podaje, podaje powierzchownie, a nierzadko błędnie, utrwalając pokutujące wypaczenia.

Autor oparł się też w swej pracy na istotnym materiale źródłowym, a mianowicie dzienniku ustaw (Reichsgesetzblatt) z 1939 roku zawierającym dwa rozporządzenia wprowadzające nowe odznaczenia. Dość dziwnie wygląda już jednak ten punkt w wykazie bibliografii: Reichsgesetzblatt, 1939, I, v. 24, Oktober 1939 (archiwum autora). Dziwi nieco oddzielenie dnia i miesiąca przecinkiem (o ile to nie literówka, jak gdyby "v. 24" i "Oktober 1939" były osobnymi parametrami - może to sugerować Reichsgesetzblatt nr 24, ten wszak ukazał się w lutym 1939), brak też kolejnego numeru dziennika (209) i tytułu konkretnego aktu prawnego (Verordnung ûber die Stiftung des Kriegsverdienstkreuzes. Vom 18. Oktober 1939), ponadto reprodukowane (za wikipedią) na stronie 79 artykułu dwie "ryciny urzędowe" z wizerunkami odznaczeń to tak naprawdę reprodukcje dwóch stron (2071 i 2072) z tegoż rozporządzenia. Budzi to wszystko niejakie wątpliwości co do rzeczywistej znajomości oryginału rozporządzenia przez autora.
Problem też w tym, że rozporządzenia dotyczące KVK i KVM ukazały się w dwóch Reichsgesetzblattach - nr 209 z roku 1939 i nr 154 z roku 1940; z tego drugiego autor już jednak nie korzystał, co odbiło się niekorzystnie na merytorycznej poprawności jego pracy.
Na pierwszej stronie artykułu czytamy więc:

Odznaczenie występowało w dwóch wariantach: z mieczami (mit Schwerten), symbolizującymi zasługi wojenne wykazane w obliczu bezpośredniego zagrożenia ze strony wroga, lecz niekwalifikujące się do przyznania stricte bojowego Krzyża Żelaznego albo bez mieczy - za wysiłek militarny z dala od linii frontu. Ostatnim nagradzać można było także osoby cywilne.

Uderza od razu błędne podanie niemieckiej nazwy krzyża z mieczami - mit Schwerten. Powinno wszak być mit Schwertern (z mieczami) oraz ohne Schwerter (bez mieczy).
Dużo gorzej jednak wygląda sprawa kryteriów niezbędnych do otrzymania KVK, przytoczonych tu raczej niekonkretnie, a na pewno niepełnie. Rozporządzenie, z którego korzystać miał autor, stwierdza bowiem jednoznacznie:

a) z mieczami za szczególne zasługi w służbie pod oddziaływaniem ognia nieprzyjaciela lub za szczególne zasługi w militarnym prowadzeniu wojny,
b) bez mieczy za szczególne zasługi przy przeprowadzaniu innych zadań wojennych, przy których służba nie przebiegała pod oddziaływaniem ognia nieprzyjaciela.

Warto też zwrócić uwagę na kwestię odznaczania cywili tylko krzyżem bez mieczy. Tak na marginesie, jeden z częściej pojawiających się mitów na temat KVK, to przeznaczenie wersji z mieczami dla wojskowych, a bez mieczy - dla cywili. W rzeczywistości od ustanowienia odznaczenia w 1939 roku, krzyż z mieczami przyznawany mógł być tylko żołnierzom, a krzyż bez mieczy - żołnierzom i cywilom (literalnie - "nieczłonkom wehrmachtu"), tak, jak czytamy w artykule Łukasza Gładysiaka. Ale, o czym już się z artykułu nie dowiemy - od roku 1940, wraz z nowelizacją rozporządzenia, krzyż z mieczami otrzymywać mogli także cywile (i w praktyce odznaczani nim byli nawet na głębokich tyłach, np. za dokonania podczas nalotu).
W tym samym akapicie, nieco wcześniej, trafiamy na ewidentną już nieprawdę:

Ustanowiony początkowo w dwóch klasach (nadanie wyższej możliwe było dopiero po wcześniejszym uhonorowaniu niższą) (...)

Podczas gdy wykazywany przez autora w bibliografii Reichsgesetzblatt nr 209 wyraźnie stwierdza w opublikowanym zaraz dalej rozporządzeniu wykonawczym (Durchfûhrungsverordnung zur Verordnung ûber die Stftung des Kriegsverdienstkreuzes. Vom 18 Oktober 1939), iż...

Przyznanie Krzyża Zasługi Wojennej 1. Klasy bez wcześniejszego przyznania Krzyża zasługi Wojennej 2. Klasy  powinno zostać ograniczone do szczególnie wybitnych zasług. W tych wyjątkowych przypadkach 2. Klasa przyznana będzie jednocześnie z 1. Klasą.

W powyższych wypadkach zabrakło rzeczywistej znajomości tak obu Reichsgesetzblattów z lat 1939 i 1940, jak i wykazanej w bibliografii literatury - choćby Klietmanna.
Jeszcze na tej samej stronie 74 natrafiamy na inną informację cokolwiek kontrowersyjną:

19 sierpnia tego roku [1940], katalog Wojennych Krzyży Zasługi rozszerzono o Krzyż Rycerski - Ritterkreuz des Kriegsverdienstkreuzes. (...) Tego samego dnia światło dzienne ujrzała dyrektywa o wprowadzeniu jednoklasowego (...) Wojennego Medalu Zasługi (Kriegsverdienstmedaille - KV).

Oba odznaczenia wprowadzone zostały bowiem w 1940 jedną, tą samą nowelizacją rozporządzenia z 1939 roku (a nie "dyrektywą"), opublikowaną we wspomnianym Reichsgesetzblatt nr 154 (Verordnung ûber die Änderung der Verordnung ûber die Stiftung des Krieksverdienstkreuzes. Vom 19. August 1940).
Na s. 77 czytamy z kolei:

Ciekawostkę stanowi fakt, że do 28 września 1941 roku wstążki KVK oraz Żelaznego Krzyża nie można było nosić w tej samej formie jednocześnie.

Ba! Nie tyle nie można było nosić wstążek tych odznaczeń razem, ale nawet w ogóle nie można było obu odznaczeń jednocześnie posiadać...
Ciekawostka nie jest wcale ciekawostką, lecz kolejnym dowodem na nieznajomość wykazanej w bibliografii literatury (ze wskazaniem choćby na wspomnianego Klietmanna, dość szczegółowo zagłębiającego się meandry formalnej strony nadawania KVK), co - niestety - bardzo negatywnie wpływa na merytoryczną wartość artykułu Łukasza Gładysiaka. Skupił się on w pierwszej części na niuansach, wyliczaniu nazwisk odznaczanych oficjeli itp., kompletnie za to odpuszczając podstawową kwestię dotyczących KVK regulacji prawnych. Poza gładkimi ogólnikami przytoczonymi krytycznie powyżej nie dowiemy się więc nic np. o zawiłościach "kolizji" odznaczenia jednej osoby krzyżem tej samej klasy w wersji z mieczami i bez mieczy, czy o wzajemnie się do 1941 roku wykluczającym odznaczaniu Krzyżem Żelaznym i Krzyżem Zasługi Wojennej (jako że Krzyż Żelazny uznawany był wtedy za nadrzędny i wykluczał lub anulował odznaczenie KVK tej samej klasy), o wstrzymaniu przyznawania pośmiertnego w 1943 roku, o przyznawaniu wersji z mieczami zdemobilizowanym żołnierzom....

Szkoda więc, że artykuł nie zdołał wyczerpująco i wiarygodnie przedstawić jakże interesującego tematu Krzyża Zasługi Wojennej, przykładając należną uwagę do najistotniejszych, a zarazem najmniej powszechnie znanych, aspektów formalnych związanych z tym odznaczeniem - a przy istotnych tamże błędach i brakach merytorycznych rozmienił się cokolwiek na drobne, grzęznąc w szczegółach w rodzaju wymiarów kopert, w jakie pakowano odznaczenia.

piątek, 15 sierpnia 2014

Drobny szczegół, a cieszy, czyli wakacyjne remanenta cz. 7

Przy okazji sporządzania takich czy innych rysunków niemieckich bomb coraz to natykałem się na charakterystyczny T-kształtny zaczep nośny, występujący na ciężkich bombach i torpedach, wykorzystywanych przez dużej nośności zamki bombowe, np. PVC 1006.
I zawsze przy takich okazjach rodziło mi się pytanie - jakiej toto w zasadzie jest wielkości???
Ano takiej:



Przykład zaczep z 450 mm torpedy lotniczej F 5 b. Warto zwrócić uwagę, że narożniki obrobione są po prostu szlifierką, a przez to ich zaokrąglenie jest dość swobodne i nierównomierne.
 

Zaczepy używane w bombach nieco się jednak różniły, dzięki szerokiej podstawie przypominając w przekroju poprzecznym leżącą literę H. Różne bywały też wymiary i rozmieszczenie śrub mocujących zaczep do korpusu pocisku - np. cztery śruby w podstawie zaczepu, dwie śruby przez zaczep (acz większe niż w przypadku torpedy) itp.

piątek, 8 sierpnia 2014

Tajemnica trójlufowego moździerza, czyli wakacyjne remanenta cz. 6

W rosyjskich publikacjach lat ostatnich kilkunastu spotkać można opis tyleż zagadkowej, co ciekawej niemieckiej broni - trójlufowego moździerza kalibru 28 cm.
Moździerz taki składać się miał z trzech luf z mechanicznymi mechanizmami spustowymi, opartych z przodu na ramie wsporczej z mechanizmami naprowadzania w azymucie i podniesieniu, a z tyłu - na płycie oporowej.
Do transportu moździerza służyć miał 3-tonowy samochód ciężarowy. Strzelanie mogło odbywać się zarówno z ziemi, jak i z samochodu. Po wystrzeleniu kolejno wszystkich trzech pocisków lufy były zdejmowane w celu naładowania, a na ich miejsce zakładano zestaw trzech naładowanych luf. Szybkostrzelność wyrzutni wynosiła 6 strzałów na 10-15 minut, masa pojedynczej lufy wynosiła 65 kg, zaś płyty oporowej 200 kg. Pocisk o masie 75 kg osiągał zasięg 6500 m.
Co ciekawsze, wg autorów rosyjskich ta skądinąd nieznana broń została przyjęta do uzbrojenia. Nazywana jest wprawdzie konsekwentnie moździerzem, jednakże bardzo mała masa luf w połączeniu z dużym zasięgiem ciężkich pocisków sugerują wyrzutnię rakietową (może nawet broń akcyjno-reakcyjną). Moździerzami zwano wszak dość powszechnie i zwykłe nebelwerfery.
Pozostaje jednak kwestią otwartą, czy konstrukcja taka istniała w rzeczywistości...? Czy choćby w projekcie - a może jest po prostu radosnym wytworem jakiegoś raportu wywiadowczego?

piątek, 1 sierpnia 2014

W pogoni za prostotą, czyli wakacyjne remanenta cz. 5.

Jakkolwiek by nie oceniać niemieckiej techniki zbrojeniowej lat II wojny światowej, trudno oprzeć się wrażeniu, że akurat na polu elektroniki wypadała ona niezbyt imponująco. Pomimo wielu wysiłków nie dokonano zbyt wiele ani na polu głowic samonaprowadzających, ani na polu zapalników zbliżeniowych. Kilka konstrukcji znalazło się wprawdzie na skraju produkcji seryjnej, czy wręcz do produkcji tej trafiło, ale - jak to zwykle w III Rzeszy - za późno i za mało.
A kombinowano naprawdę zajadle, analizując i badając niemal wszystkie możliwe i niemożliwe schematy konstrukcyjne głowic samonaprowadzających i zapalników zbliżeniowych (z wyraźną, jak niedaleka przyszłość wykazała, nadreprezentacją systemów akustycznych). Często były to konstrukcje wcale ciekawe - z cyklu czegoż to ludzie nie wymyślą...
Jedną z bardziej interesujących (za sprawą swej trywialności) rodzin zapalników zbliżeniowych były aktywne zapalniki optyczne. Pracowało nad nimi ze zmiennym szczęściem i takimiż skutkami kilka firm, tworząc szereg konstrukcji o różnej budowie i różnym zastosowaniu. Przeznaczano je i dla przeciwlotniczych pocisków kierowanych, i dla torped, i wreszcie do wyzwalania uzbrojenia samolotu. Część tych zapalników zmaterializowała się nawet w formie prototypów, prace nad innymi pozostały dalekie od końca.
Zasada działania tego rodzaju zapalnika była wręcz banalna - emitował on po prostu taką czy inną wiązkę światła, które to światło po odbiciu od celu padało na fotokomórkę - i bum! Czy raczej kaboom!


Najbardziej klasyczną formą tej koncepcji był zapalnik dla kierowanych pocisków przeciwlotniczych, jakiego przykład konstrukcji przedstawiony jest powyżej. Jego charakterystyczną cechą były dwa pierścieniowe okna - górne kryjące fotokomórkę, dolne - źródło światła.


Spójrzmy na szczegóły zapalnika w przekroju - żarówka otoczona jest przez obrotową kopułkę z obiektywami, napędzaną przez silnik elektryczny. Dzięki takiej konstrukcji głowica emitowała skierowane na bok i nieco do przodu wirujące wiązki światła, niczym latarnia morska. W zależności od wykorzystania filtrów w obiektywach zapalnik mógł działać czy to w podczerwieni, czy w paśmie widzialnym - przy czym ta ostatnia konfiguracja znacząco zwiększała zasięg. Powyżej żarówki umieszczona była fotokomórka (tutaj próżniowa), mająca rejestrować światło odbite - w bardziej dopracowanej wersji, w celu zabezpieczenia zapalnika przed zadziałaniem na skutek przypadkowych rozbłysków światła, reagował on dopiero po odebraniu impulsów z częstotliwością równą częstotliwości skanowania wiązek. Zasięg zapalnika oceniany był na 10-30 m, zależnie od mocy żarówki (sięgającej kilkuset wattów).
Kwestię potencjalnej skuteczności lepiej pominąć milczeniem... Acz musiało to w locie wyglądać bardzo ciekawie.

piątek, 25 lipca 2014

Arsenał kukuruźnika, czyli wakacyjne remanenta cz. 4.

Jednym z bardziej legendarnych samolotów II wojny światowej jest bez wątpienia radziecki lekki nocny bombowiec Polikarpow U-2ŁNB (znany może lepiej jako Po-2ŁNB). Bojowe użycie tych dwupłatowych maszyn obrosło przez dziesięciolecia legendą heroiczną, z którą trudno się już zmierzyć.


Wydaje się, w każdym razie - także na podstawie zeznań weteranów, że faktyczna skuteczność przeprowadzanych przez kukuruźniki nocnych nalotów była, oględnie rzecz biorąc, mocno ograniczona. Powiedzmy, trafienie w cokolwiek raz na trzy loty (ostrożnie kalkulując). Przyczyniały się do tego zarówno nocne warunki, niestabilność samej platformy, jak i - przede wszystkim - niezwykle prymitywne wyposażenie bombardierskie samolotu. Ba, weterani twierdzą często, że w ogóle nie korzystali z żadnych celowników, nawet jeżeli były zamontowane. A pamiętać trzeba, że bomby zrzucano z reguły z wysokości około kilometra, a nawet - zwłaszcza w przypadku silnie bronionych celów - trzykrotnie większej (choć, gwoli prawdy, były i pułki bombardujące standardowo z 700 m). Sporadycznie, czy raczej awaryjnie lub przy niesprzyjającej pogodzie, praktykowano bombardowanie z 400 m, czy nawet 100 m - ale w tym ostatnim przypadku konieczne już było użycie zapalników ze zwłoką.
Trzeba tu jednak zaznaczyć, że - jak z relacji wspomnieniowych wynika - nie było jakichś ustalonych, odgórnych regulacji czy praktyk i poszczególne pułki walczące na pociakach bardzo się różniły jeśli chodzi o sposób przeprowadzania nalotu, przenoszone uzbrojenie (w tym typ bomb, maksymalny ciężar podwieszeń czy montowanie karabinów maszynowych), a nawet używanie przez załogi spadochronów. 

CSS-13 ucharakteryzowany na U-2ŁNB, muzeum w Kołobrzegu.

No dobrze, ale czym w ogóle ten U-2ŁNB walczył?
Na bazie lektury monografii, jak i relacji wspomnieniowych, zidentyfikowałem następujące typy uzbrojenia bombowego czy rakietowego (niestety, nie zawsze dało się ustalić konkretne wagomiary bomb):
  • Elektronowe bomby zapalające ZAB-1e lub niemieckie B-1E, w kabinie
  • Granaty lotnicze AG-2
  • Ampuły zapalające AŻ-2 w kasetach
  • Bomby odłamkowe AO-2,5 w kasetach
  • Kumulacyjne bomby przeciwpancerne PTAB-2,5-1,5 w kasetach
  • Bomby odłamkowe AO-10 w kasetach
  • Bomby odłamkowe AO-25
  • Bomby burzące FAB-50
  • Bomby odłamkowo-burzące AF-82
  • Bomby burzące FAB-100
  • Bomby zapalające ZAB-100
  • Bomby zapalające ZAB-100-40p
  • Bomby fotograficzne FOTAB-?
  • Bomby oświetlające SAB-? w kabinie (zapewne SAB-3)
  • Bomby oświetlające SAB-? na wyrzutnikach (zapewne SAB-14, SAB-15, SAB-25)
  • Pociski rakietowe RS-82
  • Pociski rakietowe RS-132
Amunicję tę przenoszono m.in. w następujących zestawach podwieszeń:
  • 2 x AO-25
  • 4 x AO-25
  • 6 x AO-25
  • 2 x FAB-50 + 2 kasety z AO-10
  • 4 x FAB-50 + 1 x AO-25 + 1 x SAB-?
  • 6 x FAB-50
  • 2 x ZAB-100
  • 4 x ZAB-100-40p + 2 x SAB-?
  • 2 x FAB-100  
  • 2 x FAB-100 + 2 x FAB-50
  • 2 x FAB-100 + 4 x RS-82
  • 3 x FAB-100
Ładunek bomb wynosił przeciętnie do 200-300 kg (zależnie zresztą od jednostki i okresu), czasem porywano się i na 400 kg, choć samolot wymagał już wtedy utwardzonego pasa i w ogóle ledwo leciał. Aczkolwiek, z drugiej strony, zwłaszcza na wcześniejszym etapie wojny, zdarzały się bardzo regularnie loty z ledwo dwoma bombami 25 kg. Do kabiny brano (jeśli już) wyrzucane przez obserwatora lekkie bomby oświetlające, a czasem nawet bomby odłamkowe i zapalające.
Pociski rakietowe RS-82 i RS-132 odpalano bądź to celując na oko, bądź z wykorzystaniem celowników strzeleckich - np. kolimatorowego OP-1. Co ciekawe, stosowano tutaj też czasem wyrzutnie skierowane do tyłu.
Z kolei nisko latające rozpoznawcze U-2 używały - przy nadarzającej się okazji - zwykłych granatów ręcznych wyrzucanych przez obserwatora. Takie też uzbrojenie miały polskie rozpoznawcze Po-2 z szeregów 9 seł KBW walczące w l. 1946-47 w Bieszczadach przeciwko partyzantce UPA. W skrajnym przypadku, do zniszczenia schronu, użyto wtedy nawet dwóch zwykłych min z zapalnikami czasowymi.